>>
Wigilia u Marii KaczyńskiejJarosław, 33 lata. "Czasami człowiek musi - inaczej się udusi" - śpiewał Jerzy Stuhr, opisując palącą potrzebę człowieka do śpiewania. Dla mnie ten tekst jest uniwersalny: człowiek czasem musi coś zrobić. I już. Kilka lat temu, pierwszego dnia świąt, czując jeszcze w ustach smak karpia i zupy grzybowej, poczułem, że trzeba wyruszyć nad morze. Trzeba i koniec. Właśnie teraz, w środku zimy. Przekonałem mego serdecznego kolegę Oskara, że też czuje on ową palącą potrzebę. Załadowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy z Warszawy w kierunku Trójmiasta.
Sopot. Molo. Zimno. Ale kapitalnie. Plaża wyglądała tak, jakby ktoś letni, żółty dywan przykrył białym pokrowcem. A morze? Pojedźcie i sami zobaczcie.
Okazało się, że całkiem sporo ludzi myśli dokładnie tak samo. Na przykład Monika. Z Sopotu.
- Pierwszy raz, prawda? - uśmiechnęła się.
No pierwszy. Dotąd przyjeżdżałem do Trójmiasta jak wszyscy, w lecie. Kto by zimą nad morze jeździł?
Przelatująca obok mewa popatrzyła na mnie z politowaniem: Co ta stonka turystyczna może wiedzieć o morzu?
- Zimą morze jest piękniejsze - powiedziała Monika. - Szybko robi się ciemno, a wtedy gwiazdy masz prawie na wyciągnięcie ręki. Dla mnie święta bez spaceru na molo się nie liczą. Zawsze tu przychodzę - powiedziała.
"Gdybym tu mieszkał, tak jak ona, też by się nie liczyły" - pomyślałem wtedy.
I dziś też tak myślę. Mieszkam z nią w Sopocie już trzeci rok. I w Boże Narodzenie obowiązkowo idziemy na molo. Ludzie, ktokolwiek wpadł na pomysł, żeby je wybudować - dzięki! I Wesołych Świąt.
Rafał, 31 lat. Mieszkaliśmy w Olsztynie. Tata, jeszcze na początku lat 90., chyba z przyzwyczajenia i z sentymentu do PRL pędził bimber. Częstował nim wszystkich na rodzinnych imprezach, alkohol dojrzewał w ogromnym, kilkudziesięciolitrowym baniaku. Tamtego roku w środku świąt, nie wiedzieć dlaczego, baniak niespodziewanie pękł, a zawartość zalała mieszkanie sąsiadów. Smród bimbru unosił się na klatce do sylwestra. Ale skutek tej rodzinnej tragedii był taki, że ojciec przestał bimber pędzić. Uznał, że to palec boży, a z Najwyższym lepiej nie zadzierać.
Maciek, 26 lat. Co roku jest tak samo - od rana lepienie pierogów, wieczorem kolacja, życzenia i prezenty pod choinką. Ten spokój i najlepsze na świecie pierogi mojej mamy - w Bożym Narodzeniu lubię najbardziej. Czasem nie trzeba niczego wyjątkowego, by coś było wyjątkowe.
Maria, 56 lat. Przez wiele lat opiekowałam się chorym ojcem. Cierpiał na alzheimera, nie poznawał już nikogo, czasem nie wiedział, jak się nazywa. Na co dzień dużo krzyczał, płakał. Nie wiedział, gdzie jest i co się z nim dzieje. Przyszła wigilia. Zasiedliśmy wspólnie do stołu, połamaliśmy się opłatkiem. Zaczęliśmy jeść, w tle leciały kolędy z magnetofonu. Tata nagle się rozpromienił i zaczął śpiewać. "Przybieżeli do Betlejem", "Cichą noc", "Bóg się rodzi". Pamiętał wszystkie słowa! Te kolędy to był ostatni przebłysk świadomości mojego taty. Nigdy nie zapomnę tamtej wigilii.
Drodzy Czytelnicy! Może w święta przydarzyło Wam się coś, co odmieniło Wasze życie. Opowiedzcie nam o tym. Napiszmy naszą wspólną opowieść wigilijną. Czekamy:
metro@gora.pl lub Metro, 00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10