Alicja Bobrowicz: Pani mówi dziś bardzo stanowczo, że sytuacja w oświacie jest dramatyczna. Alina Kozińska-Bałdyga, prezes Federacji Inicjatyw Oświatowych: Codziennie odbieramy kilkadziesiąt telefonów od rodziców, którym chcą zlikwidować szkołę. Telefonów z prośbą o pomoc. Jutro jadę na Lubelszczyznę pomóc rodzicom w przygotowaniach do przejęcia szkoły. To żadna nowość, bo zajmujemy się tym od 12 lat. I takich szkół mamy ponad 190. Ale proszę sobie uświadomić skalę. W tym czasie zlikwidowano 5 tys. szkół. Szacujemy, że drugie tyle jest zagrożonych, bo chodzi tam mniej niż 70 uczniów. Co znaczy, że subwencja z
budżetu państwa nie wystarcza na ich utrzymanie i gmina musi dokładać.
To niech dokłada, niech nie buduje np. aquaparków. Są miejscowości w których
rodzice mówią: "panie wójcie utnijmy z kultury". OK. Wójt może pozamykać nawet wszystkie biblioteki, zabrać pieniądze ośrodkowi kultury, może nawet gasić latarnie po godz. 22, ale to ciągle będzie kilka procent jego budżetu. Oświata to minimum połowa wydatków. Efekt? Co trzecia gmina w Polsce nie ma szkoły. Dzieci się dowozi do szkół zbiorczych. Władza przerzuca na samorządy coraz więcej zadań. Ale robi to tak, że konfliktuje mieszkańców z samorządami.
Może jednak małe szkoły są zbyt kosztowne? Zapomina się, że zamknięcie szkoły to prosta droga do degradacji wsi. Wystarczy na to dziesięć lat, a po 20. wieś może zniknąć z mapy kraju. Byłam w takiej wsi, gdzie dziesięć lat temu zamknięto szkołę. Kiedyś ta miejscowość wygrywała konkursy na ogródki przydomowe. Teraz w czerwcu przed domami nie widziałam ani jednej rabatki. Co się okazało - kobiety stamtąd wyjechały, zostało 60 starych kawalerów. Kobieta jest bardziej mobilna, przeniesie się tam, gdzie
dziecko będzie chodzić do szkoły.
Brakuje mądrej polityki oświatowej? Do tego to się sprowadza? . Opowiem pani o reformie oświaty w Walii, to dla nas jak historia z bajki. Zaczęli od badań naukowych. Zanim opracowali programy nauczania, zadali sobie pytanie, jaki jest cel. Potem była debata z rodzicami i pilotaż. Do 41 szkół od razu wkroczyły uczelnie wyższe, by wiedzieć, jak szkolić pedagogów. Wszystkie partie polityczne podpisały umowę, że przez 15 lat nie będą grzebać w oświacie. Byłam tam po siedmiu latach od wprowadzania reform. Jedna z mam powiedziała mi, że jest dumna, że jej dziecko jest pierwszym rocznikiem zmiany.
A u nas? Jak na poligonie. Jak się uda, to dobrze, nie uda się, zaczynamy od początku. Żadnych badań i konsultacji.
Jak to zmienić? Wie pani, ilu jest rodziców w Polsce? Takich aktywnych, którzy właśnie mają
dzieci w szkołach - 7 mln. Dla porównania w "Solidarności" było 10 mln. W każdej rodzinie edukacja to priorytet; różnie bywa, ale na angielski czy korepetycje dla dziecka zazwyczaj się wysupła pieniądze. Jesteśmy racjonalni, teraz musimy być bardziej aktywni. I nie tylko protestować, kiedy coś się dzieje, ale też kontrolować, jak wydaje się nasze pieniądze.
Ale nie zawsze rodzice chcą czy mogą przejąć szkołę? Zwłaszcza w dużych miastach. Jasne, ale trzeba dążyć do tego, by rodzice się organizowali w podmioty, które mają osobowość prawną. Tak, by jeśli np. wpłacają na radę rodziców, te pieniądze nie trafiały do burmistrza, ale do dzieci. Powinni mieć też wpływ na wybór dyrektora szkoły. Czas skończyć z konkursami, w których decydują urzędnicy i organizować otwarte wybory.
To wymaga zmian w prawie... Powtórzę: 7 milionów rodziców to siła. Trzeba tylko to sobie uświadomić. I zacząć działać.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro@agora.pl