Minister edukacji Katarzyna Hall spuściła z tonu. - Sama wychowałam troje dzieci, mam trzy wnuczki. Najstarsza z nich ma pięć lat i właśnie idzie do przedszkola. Naprawdę jestem zainteresowana, żeby każda
szkoła zapewniła dzieciom bezpieczeństwo i dobre warunki - mówiła w Sejmie, który wczoraj zajął się obywatelskim projektem ustawy dotyczącej sześciolatków. Niemal 330 tys. rodziców podpisało się pod pozostawieniem dzieciaków w zerówce. - Szkoła to survival
dla dzieci - przekonywała Karolina Elbanowska, liderka akcji "Ratuj maluchy". I wymieniała: - przeładowane klasy, lekcje na dwie zmiany, WF na korytarzach, brak placów zabaw. Zna to z setek listów od rodziców, które trafiają do stowarzyszenia. Na galeriach sejmowych pojawili się aktorzy Marcin Bosak, tata trzylatka, i Marcin Dorociński, tata trzy - i pięciolatków.
- To rodzic powinien zdecydować, czy
dziecko jest gotowe na pójście do szkoły. Przecież nie chodzi o to, żeby sześciolatka wystraszyć i zrazić do nauki - mówił Dorociński.
Niepokojąca siła liczb Skąd jednak zmiana frontu u pani minister? Ma już dane z ponad 2,2 tys. gmin (jest ich 2,4 tys.). Okazało się, że do pierwszych klas poszło ok. 23,6 proc. sześciolatków w kraju. Ale w 96 gminach ani jeden. Rodziców do reformy jakoś przekonały większe miasta: - Gdynia (57,2 proc.) - Warszawa (38,8 proc.), - Gdańsk (31 proc.). Ale tylko kilkanaście procent sześciolatków w szkole mają Toruń, Katowice i Koszalin.
Katarzyna Hall dalej jest przekonana, że sześciolatek powinien iść do szkoły, ale tym razem podkreśla, że tylko w dobrych warunkach. Tymczasem co dziesiąty samorząd w kraju nie wystąpił do MEN o żadne pieniądze na wyposażenie szkoły, mimo że program "Radosna szkoła" nie wymagał wkładu własnego.
- Warto rozważyć rozłożenie obowiązku szkolnego na dwa lata - mówi Hall. Co to znaczy? W 2012 r. do szkoły obowiązkowo poszłyby tylko dzieci urodzone w 2005 i do końca sierpnia 2006 r., czyli te, które ukończyły sześć lat. Reszta: rok później.
PiS chętnie pomoże Protestujący
rodzice nie tracą jednak nadziei, że reformę uda się zastopować. Dziś posłowie zadecydują, co zrobić z ich projektem. Prawdopodobnie trafi on do komisji, ale już nowego Sejmu. Wszystkie kluby stwierdziły wczoraj, że wart jest dyskusji, choć Tadeusz Sławecki z PSL mówił o "niepotrzebnych emocjach" rodziców, a Urszula Augustyn z PO zarzuciła im, że manipulują danymi. PiS zawnioskował o szybkie drugie czytanie i przyjęcie ustawy w całości jeszcze dziś.
Temat sześciolatków nie rozgrzał posłów tak bardzo jak opłaty za przedszkola. Na sali plenarnej: kilkadziesiąt osób. Na korytarzach - konferencje kolejnych partii. Chodzi o nowy system płacenia za przedszkola, który w wielu miastach doprowadził do kilkusetzłotowych podwyżek, bo gminy postanowiły trochę zarobić na dzieciach, podnosząc stawki za płatne godziny (pięć godzin jest darmowych). W ubiegłym tygodniu PiS zaproponował, by jeszcze w tej kadencji zmienić ustawę tak, by bezpłatnych godzin było dziesięć. Wczoraj marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna poinformował, że projekt opozycji nie zawiera wymaganej analizy finansowej, więc posłowie się nim nie zajmą.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro@agora.pl