http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Naukowiec bez kompleksów

Alicja Bobrowicz
2011-09-25, ostatnia aktualizacja 2011-09-25 17:12

Budżet amerykańskiego laboratorium, w którym pracowałem, to jedna trzecia całego budżetu Polski! Ale ja chciałem wrócić do domu. Nie mogę przecież sam ze sobą rozmawiać tekstami z Barei - opowiada dr Marcin Nowotny, jeden z dwóch polskich naukowców, który zdobył prestiżowy grant na badania mogące pomóc w stworzeniu leku skutecznego w walce z nowotworami

Marcin Nowotny
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Marcin Nowotny
Alicja Bobrowicz: Polacy zdobyli tylko 2 z 480 przyznanych przez ERC grantów. Jeden trafił do ciebie. Jak to się robi?

Dr Marcin Nowotny, szef Laboratorium Struktury Białka w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie: Liczy się dorobek naukowy, publikacje w prestiżowych pismach. To podkreślali recenzenci mojego wniosku. Najkrócej mówiąc: interesuje ich to, kim jest ten człowiek, czy jego projekt wniesie coś istotnego do nauki i czy jest w stanie zrobić to, co zamierza.

A co zamierza?

Specjalizuję się w krystalografii, która pozwala "zobaczyć" białka. Mój zespół skupia się na poznawaniu kształtów tych białek, które naprawiają błędy w strukturze DNA. A takie uszkodzenia skutkują powstawaniem nowotworów.

Opisując je, możesz dostarczyć wiedzę, która pomoże w stworzeniu leku skutecznego w walce z nowotworami?

Tak. Już dziś tworzy się leki nowej generacji, wykorzystując w dużej mierze podobne badania (np. Tamiflu, przeciwko ptasiej grypie). Taki lek to mała cząsteczka chemiczna, która przyczepia się do konkretnego białka i hamuje jego działanie. Żeby to zrobić precyzyjnie, musi mieć odpowiedni kształt. My szukamy tych kształtów.

Mam wrażenie, że realizujesz punkt po punkcie swój "naukowy plan". Chemia na Uniwersytecie Warszawskim, doktorat w PAN-ie, staż w Stanach, dziś szefowanie prestiżowemu laboratorium. To kwestia szczęścia, ciężkiej pracy?

Po trochę wszystkiego. Ale niewiele bym chyba zdziałał bez silnego przekonania, że właśnie to chcę w życiu robić. Zawsze chciałem być naukowcem. Kiedy byłem mały, ciągle coś mieszałem, dolewałem, łączyłem. Byłem częstym gościem w laboratorium, w którym pracowała moja mama. W liceum pochłaniałem biologię. Poszedłem na chemię, bo to dobry punkt wyjścia do innych dziedzin. Potem już jasna droga: studia, doktorat, staż podoktorski. Miałem też trochę szczęścia. Niemal z ulicy trafiłem do prof. Macieja Nałęcza, który był dyrektorem Instytutu Biologii Doświadczalnej PAN. Przyjął mnie na magistranta, a potem na doktorat. Powiedział: "podoba mi się to, co pan robi. Proszę sobie wybrać dowolną pracownię, a ja stworzę dla pana etat". Jak w niedojrzałym facecie był w stanie wyczuć smykałkę do badań? Nie wiem.

Ale bez wiary w to, że jest się w czymś dobrym, niewiele się zdziała?

W nauce nie można mieć kompleksów. Po doktoracie wysłałem swoje CV do kilkunastu ośrodków w Europie i Stanach. Wiele odpowiedziało, umówiło się ze mną na rozmowy. Trzeba tylko uwierzyć, że doktor z porządnego polskiego instytutu ma solidne przygotowanie i spokojnie może celować w najlepsze ośrodki naukowe.

Wybrałeś Narodowe Instytuty Zdrowia pod Waszyngtonem. To raj dla naukowca?

To ogromna naukowa machina z gigantycznymi szpitalami klinicznymi, gdzie pracuje się nad eksperymentalnymi terapiami czy częścią biochemiczną. Tylko na moim kampusie pracowało kilkanaście tysięcy osób. Szef mojego działu raz w roku pisał uzasadnienie swojej działalności na jedną stroniczkę i dostawał milion czy dwa dolarów na dalszą pracę. Budżet NIH to jedna trzecia całego budżetu Polski!

A jednak po pięciu latach porzuciłeś tę sielankę dla Warszawy.

Bardzo chciałem wrócić. Tam urodziły się moje dwie córki, nawiązałem przyjaźnie, rozwijałem się naukowo. Ale zwyczajnie chciałem do domu. Prosta sprawa: idę do pubu z amerykańskimi kumplami. Pijemy piwo, jest wesoło. Ale robi się coraz gwarniej, głośna muzyka, a ja przestaję ich rozumieć. Mój mózg nie jest w stanie przyjmować ich kodu, sam przecież nie mogę żartować tekstami z Barei.

Zacząłem szukać pracy w Polsce i znowu miałem trochę szczęścia, bo ogłoszono konkurs na szefa laboratorium w instytucie w Warszawie.

Nie wiem, czy bym zdecydował się na pracę w innym polskim ośrodku.

Dlaczego?

Bo tu nie musiałem z niczego rezygnować. To miejsce daje absolutną wolność badaczom. Sam zatrudniam ludzi, staram się o granty, prowadzę laboratorium. W zamian dostaję efektywną administrację bez niepotrzebnej papierologii. Co dwa lata międzynarodowa rada instytutu mówi "sprawdzam". Jeśli ocena jest negatywna, zamyka się laboratorium

Największe naukowe marzenie?

Rozwiązanie takiej struktury białka, której odkrycie da ludziom realną korzyść. Chciałbym ją zrozumieć i opisać, a potem widzieć, jak z tej wiedzy korzystają koncerny farmaceutyczne, tworząc lek lub terapię, która będzie przełomem w leczeniu np. nowotworów.



Źródło: Dziennik Metro
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

  • Naukowiec bez kompleksów prof-antoni 25.09.11, 20:19

    mial szczescie w polskim grajdolkugdyby studiowal w usa to by zapytali czy ma polska habilitacjerobili trudnosci z nostryfikacja dyplomadroga przez meke»