Tuż przed godz. 11 w sobotę
rodzice z ruchu "Ratuj Maluchy" rozstawiają pod kancelarią premiera transparenty: "Sześciolatek to przedszkolak" i "Żądamy odwołania reformy minister Hall". Z budynku wyrusza Tuskobus, którym szef rządu objeżdża kraj. Kilka godzin później w telewizji premier ogłasza: sześciolatek pójdzie obowiązkowo do pierwszej klasy, ale od września 2013 roku! Czyli rok później.
- Będziemy mieli czas, aby lepiej przygotować szkoły dla sześciolatków - tłumaczy.
Dwa tygodnie temu minister edukacji Katarzyna Hall, gdy okazało się, że tylko 23 proc. rodziców wysłało sześciolatki do pierwszej klasy, powiedziała, że w przyszłym roku pójdą do niej tylko
dzieci urodzone przed 1 września 2006. Premier poszedł na całość i zamiast dzielić rocznik, chce przesunąć obowiązek szkolny.
Rodzice już zupełnie nie wiedzą, co czeka ich dzieci. Bo to parlament musi zmienić prawo, więc sprawa będzie rozstrzygnięta po wyborach.
Wolta premiera nie ucieszyła nikogo. Tomasz Elbanowski, z "Ratuj Maluchy" tłumaczy, że zależało im na poważnej rozmowie, a nie rzucaniu niepew nych zapowiedzi. - Czego mamy się trzymać? Deklaracji minister Hall czy premiera? - mówi. - To smutne, że premier znalazł czas dla kibiców, a rozmów z rodzicami unika - dodaje.
Andrzej Pery, koordynator projektu Społeczny Monitor Edukacji i zwolennik obniżenia wieku szkolnego: - Zła decyzja, podjęta chyba na fali wyborów. Rok to dużo, by naprawić to, co w szkołach nie działa. A co z pięciolatkami, które poszły obowiązkowo do zerówek? Powtórzą rok? - pyta.
Wściekli są rodzice, którzy zaufali rządowi i wysłali sześciolatki od września do szkoły. - Od miesiąca patrzę, jak kilkoro dzieci z klasy córki co rano zanosi się płaczem. Ale zaciskam zęby. Wierzyłem, że za rok w szkołach miało być gorzej, bo miały spotkać się dwa roczniki - mówi ojciec sześciolatki.
Inny dodaje: - Córka jest gotowa na szkołę i dobrze się w niej czuje. I pewnie takich dzieci jest sporo. Po co to psuć? Takie zmiany zrobią bałagan w głowach i nam, i dzieciom.
Matka: - Co powiem córce za 10 lat, jeśli zapyta, dlaczego daliśmy się sfrajerować politykom i skróciliśmy jej dzieciństwo?
Politycy PO nie dowierzają w to oburzenie. - Rodzice na pewno nie czują się oszukani. Ich dzieci mają lepszy start - mówi Małgorzata Kidawa-Błońska. Jej zdaniem premier nie powiedział nic nowego. Powtórzył tylko wcześniejsze zapowiedzi minister Hall.
Koalicjant bezradnie rozkłada ręce. - Decyzja zapadła, trudno. Jest kampania wyborcza i robi się różną zanętę. Ale źle się stało. Gdyby nie ten rok przerwy, samorządy wysupłałyby dodatkowe pieniądze na szkoły, bo nie miałyby wyjścia. A tak, nie zrobią nic - mówi Stanisław Żelichowski z PSL.
Do pani Małgorzaty Kidawy-Błońskiej Komentarz. - Opowiem pani jak widzi to rodzic. Posłaliśmy sześcioletnią córkę do pierwszej klasy, dając się przekonać rządowi, żeby nie odbierać dziecku szans i uniknąć za rok zatłoczonej szkoły. Przez rok głusi na krytykę, z absolutną pewnością powtarzaliście, że szkoły są świetnie przygotowane. Tydzień przed wyborami zmieniacie zdanie. I co mamy o tym myśleć?
Waldemar Paś, redaktor naczelny "Metra"
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl