http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

W Szwecji za klapsa, w Polsce za pijaństwo

Mariusz Jałoszewski
2011-11-02, ostatnia aktualizacja 2011-11-02 07:02

Nie ma masowego zabierania dzieci przez pracowników socjalnych. W ciągu roku dzięki nowym uprawnieniom pracownicy zabrali 588 maluchów. Głównie z powodu pijaństwa rodziców i braku opieki

Dom dziecka przy ul. Wandy w Legnicy
Fot. Katarzyna Lubiniecka / Agencja Gazeta
Dom dziecka przy ul. Wandy w Legnicy
Nie potwierdziły się obawy, że Polska stanie się drugą Szwecją czy Niemcami, gdzie służby monitorujące rodziny odbierają dzieci z błahych często powodów. Rok temu taki strach wzbudziły u nas nowe uprawnienia dla pracowników socjalnych, którzy dostali prawo do natychmiastowego zabierania maluchów z domów, gdy zagrożone jest życie lub zdrowie dziecka i w związku z przemocą w rodzinie. Padało pytanie, czy teraz pracownicy socjalni będą rozbijać rodziny za klapsa, z powodu biedy w domu lub np. lekkiego upośledzenia społecznego rodziców.

Ministerstwo Pracy sprawdziło po roku, jak działa nowe prawo. Policzono, że w całym kraju odebrano 588 dzieci, najwięcej na Śląsku i w Zachodniopomorskiem. Nie ma danych, gdzie trafiły - o ich losie decyduje sąd, który może umieścić je w pogotowiu opiekuńczym, domu dziecka lub rodzinie zastępczej, np. u krewnych.

Czy te 588 przypadków to dużo? Ministerstwo mówi, że danych nie ma z czym porównać. Bo wcześniej to policja lub kurator odbierali dziecko - pracownik socjalny tylko ich zawiadamiał, że coś złego dzieje się w rodzinie. Nieoficjalnie osoby zajmujące się problemem przemocy w rodzinie mówią, że odbierano kilkaset maluchów rocznie. Czyli mniej więcej tyle samo.

- To wciąż dużo, bo państwo ciągle musi interweniować dla dobra dzieci. Ale w tych 588 sprawach nie mamy nadużycia prawa przez pracowników socjalnych, bo ustawa nie jest zła - podkreśla Luis Alarcon, szef stowarzyszenia Niebieska Linia, pomagającego pokrzywdzonym przemocą w rodzinie.

Z drugiej strony można sądzić, że to nie tak wiele, bo są to sprawy skrajnego zaniedbania lub maltretowania dzieci. Tymczasem skala przemocy w rodzinie jest większa. Zdaniem Alarcona w każdym cywilizowanym kraju obejmuje 20-25 proc. społeczeństwa.

Mirosława Kątna, była pełnomocnik ds. dzieci w rządzie AWS potwierdza, że obawy rodziców były na wyrost. - Bo druga Szwecja to klaps, a u nas ratuje się życie dziecka - podkreśla. Tłumaczy, że pracownicy socjalni mają małe pole do pomyłek i nadużyć, gdyż decyzję w sprawie dzieci podejmują razem z policjantem i lekarzem. A potem w ciągu 24 godzin kontroluje ją sąd. Niestety nie ma jeszcze danych, które by pokazały, w ilu sprawach sąd uchylił decyzję i zwrócił rodzicom dziecko.

Biedni też mogą mieć dzieci

Mariusz Jałoszewski: Dużo odebrał pan dzieci?

Karol Orczykowski, pracownik socjalny z Łodzi, rzecznik związku zawodowego pracowników socjalnych: Przez 10 lat pracy sześcioro. Nie jestem zwolennikiem zabierania dzieci, bo nigdzie nie będą miały lepiej niż w rodzinie. Nawet jeśli jest biednie, brzydko, rodzice trochę piją, nie mają pracy, trochę się awanturują. Dzieci zabiera się dopiero, gdy rodzice stwarzają dla nich fizyczne lub psychiczne zagrożenie. Gdy są niedożywione, zaniedbane i dorastają w ciągłych oparach alkoholu.

Grzyb na ścianach, brak łazienki, rodzice bez środków do życia. To nie przeszkadza dziecku?

- Gdyby to był powód, to trzeba by zabierać 6 tys. dzieci rocznie. I gdzie by one trafiały? Nie ma tylu miejsc w domach dziecka i pogotowiach opiekuńczych. Dlatego gdy w rodzinie poprawia się sytuacja, to dzieci do niej wracają, żeby zrobić miejsce dla następnych.

Ile odebrał pan dzieci dzięki nowym przepisom?

- Troje. Dziewczynka siedmio-ośmiomiesięczna ciągle leżała w łóżeczku, choć w tym wieku dzieci są bardziej ruchliwe. Nie płakała, była blada, ciągle spała. Była niedożywiona. Wezwałem pielęgniarkę i lekarza. Zapadła decyzja: zabieramy do szpitala.

Z tej samej rodziny zabrałem jej ośmioletnią siostrę. Rodzice zaniedbali dzieci, chodzili pijani. Rodzina w jednym pokoju w socjalnym bloku na łódzkich Bałutach. Pogodzili się z utratą dziewczynek, odwiedzają je w domu dziecka. Mówią, że je kochają. Czy wrócą do domu? Rodzice się starają, odmalowali pokój. Decyzja należy do sądu.

Kolejny przypadek, kobieta miała dwójkę chłopców. Trafili do domu dziecka. Znowu zaszła w ciążę, urodziła dziewczynkę. Mam informacje, że dziecko jest bez opieki, bo matka pije. Przyjeżdżam. Córeczka jest u sąsiadki. Dzwonię po policję. Zapada decyzja: zabieramy dziecko do szpitala. Bo jeśli jest alkohol w dużych ilościach, to nie ma co się zastanawiać.

To też sprawa z Bałut. Do tutejszych mieszkań socjalnych trafiają rodziny z eksmisji, skazani po wyrokach. Mają fatalne warunki. Na całe piętro jest jedna wspólna toaleta.

Czyli nie staliśmy się drugą Szwecją, gdzie dzieci odbiera się za karcenie lub bicie?

- Nie. Pracownicy socjalni są rozsądni. W trudnych warunkach socjalnych żyje wielu Polaków i zabieranie dzieci tylko z tego powodu nie ma sensu.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl



Źródło: Dziennik Metro
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy