Koniec powszechnej ulgi na internet? Becikowe tylko dla najbiedniejszych? Delegalizacja lokat
antybelkowych?... - pomysłów na łatanie dziury budżetowej jest całe mnóstwo. Kierunek zmian ma wskazać premier w piątkowym expose. Niektórzy eksperci już ostrzegają, byśmy wszyscy gotowali się na okres mocnego zaciskania pasa. Prof. Dariusz Filar, członek Rady Gospodarczej przy premierze, zdradził kilka dni temu w RMF FM, że oczekuje, że premier w expose otwarcie powie Polakom: Jeżeli chcecie żyć spokojnie, poziom waszego życia trzeba będzie obniżyć o 5, 10 procent. - Do tej pory udawało nam się przed tym zagrożeniem bronić. Jeżeli chcemy bronić się dalej, to musimy zapłacić za to określoną cenę - tłumaczył, porównując naszą sytuację do Grecji, którą "żeby uratować, poziom życia statystycznego Greka należałoby obniżyć od 15 do 25 proc.".
Niestety, nie udało nam się wczoraj porozmawiać z prof. Filarem, by nam wyjaśnił, dlaczego obniżka poziomu życia wyniosła właśnie tyle. Według dr. Bogusława Grabowskiego z tej samej Rady Gospodarczej, takie prognozy to nieusprawiedliwione czarnowidztwo. - Nie można zestawiać sytuacji Grecji z Polską. W ciągu czterech ostatnich, trudnych dla globalnej gospodarki lat, nasze
PKB wzrosło o 15 proc. najwięcej w całej Europie. Teraz też nie prognozujemy spadku PKB, który mógłby oznaczać drastyczny spadek poziomu życia Polaka - mówi. Dodaje, że rząd będzie szukał dodatkowych dochodów, likwidując pewne z 480 istniejących dziś ulgi i zwolnień podatkowych, czy przywilejów emerytalnych, ale dotknie to określonych grup, a nie całego społeczeństwa. Najwięcej osób odczułoby likwidację ulgi internetowej, która kosztowała budżet w zeszłym roku 2,3 mld zł. - Celem ulgi na internet było zachęcanie ludzi do podłączania się do globalnej sieci. Dziś większość już to zrobiła, więc ulga straciła swój sens - mówi dr Grabowski.
Za to wg Piotra Kuczyńskiego, głównego analityka Xelion, gdyby faktycznie statystyczny Polak - także najuboższy - odczuł 5-10-procentowe obniżenie poziomu życia, miałoby to bardzo złe skutki dla gospodarki. - Dwie trzecie Polaków nie ma żadnych oszczędności, co oznacza, że wydają co miesiąc wszystkie zarabiane pieniądze. Każdy spadek ich dochodów, ciągnąc za sobą analogiczne obniżenie się ich wydatków, skutkowałby natychmiastową stratą dla gospodarki. Takim osobom Państwo powinno w trudnych czasach nawet dołożyć, by gospodarkę pobudzać - mówi.
- Ale gdyby państwo zrezygnowało z dopłat na
dzieci, czy wypłacania becikowego, wielu prawie by tego nie odczuło. Dlatego to w tym kierunku powinien iść rząd w poszukiwaniu oszczędności - kontynuuje.
I podkreśla, że zapowiedzi rozwiązań tego typu problemów chciałby usłyszeć w piątkowym expose premiera.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro@agora.pl