- Sześciolatki pójdą obowiązkowo do szkoły za dwa lata - ogłosiła w ub. tygodniu nowa minister edukacji Krystyna Szumilas. Dlaczego akurat za dwa? Może trzy? A może wcale? - pytają posłowie,
rodzice oraz eksperci.
Od trzech lat w dyskusji czy szkoły są gotowe na przyjęcie sześciolatków skupiamy się czy:
- są place zabaw,
- dywaniki i zabawki w salach,
- oddzielne korytarze,
- szafki na podręczniki,
- a nawet papier toaletowy w łazienkach.
Ministerstwo ochoczo wchodzi w tę "infrastrukturalną" konwencję. Obdarza nas zestawieniami ile gmin nie sięgnęło po pieniądze z programu na przygotowanie szkół, że niektóre potrzebują więcej czasu.
Brakuje dyskusji o przygotowaniu nauczycieli i szkoły jako instytucji. Ilu nauczycieli popełnia błędy przy uczeniu sześcio, siedmio i ośmiolatków. Jakie są to błędy? Czy nie podważają one sensu reformy w obecnym kształcie? Czy nie okazałoby się, że zmiany wprowadzono zgodnie ze strategią Scarlett O'hara'y: zamkniemy oczy i pomyślimy o tym jutro?
Przykłady? Sześcioletni pierwszoklasiści siedzą w ławkach, choć mieli się uczyć przez zabawę. Powszechne jest zadawanie zadań domowych, co zajmują całe popołudnia. Dzieci boją się ocen, choć niby ich nie ma.
Oddajmy głos rodzicom:
- 6-letnia Julka, pierwszoklasistka: Jest najszczęśliwsza, kiedy nie ma lekcji. Nie dlatego, że szkoły nie lubi. Ale dlatego, że brak lekcji oznacza brak pracy domowej. Każdego popołudnia spędza co najmniej godzinę nad tzw. "kartą pracy" lub kserówkami. Trzy dni chorowania oznaczają sobotę i niedzielę nadrabiania zaległości.
- 6-letnia Majka, pierwszoklasistka: - Boi się "czerwonej sówki". Ostatnio dostała ją za to, że pracę domową wypełniła długopisem zamiast ołówkiem.
- 7-letni Maciek, pierwszoklasista: Ostatnio w domu przepisywał literkę "j" - 35 razy, choć zna literki z zerówki. Jest oceniany plusami i minusami, za trzy minusy dostaje jedynkę.
- 8-letnia Ania, trzecioklasistka (poszła do szkoły jako 6-latka): Siedzi w szkole od 8 do 17 (po lekcjach - świetlica). Przez dwa lata szło gładko: mniej materiału,
praca domowa odrobiona w szkole, ocena plasująca ją w klasowej średniej. W trzeciej klasie okazało się, że ma zaległości i nie nadąża. Mama odrabia z nią codzienne lekcje, doszkala z ortografii, raz w tygodniu babcia powtarza z nią język polski, a dziadek matematykę. Ania jest zmęczona, rodzina też.
To nie są odosobnione przypadki. Te
dzieci uczą się wg. nowej podstawy programowej. Trzeba przyznać zbiera on dobre oceny u większości ekspertów. Podstawa jest też wyraźnie "szczuplejsza" od poprzedniej. Teoretycznie - dzieci powinny się więcej bawić zamiast ślęczeć nad ćwiczeniami, szczególnie w domu. Czy jest inaczej? A jeśli tak to dlaczego?
Eksperci są bezradni. Nie ma wiarygodnych badań nt. jak wprowadzono reformę, jakie popełniono błędy, co trzeba poprawić. Co prawda 10 proc. nauczycieli i dyrektorów wypełniło ankiety o tym jak realizują podstawę np. czy dzieci uczą się przyrody na wycieczkach (wyniki: nowa podstawa jest wprowadzana prawidłowo). Ale zdaniem krytyków nie wiemy np. ilu respondentów przypudrowało rzeczywistość. I jak się one mają do Ogólnopolskiego Badania Umiejętności Trzecioklasistów, z którego wynika: program może i zmieniono, ale złych nawyków nauczycieli i ducha polskiej szkoły - nie.
Rodzice chcą znać wiarygodne odpowiedzi na swoje pytania. Czy tylko moje
dziecko siedzi nad ćwiczeniami w domu? Czy to normalne, że nie chce iść do szkoły? Czy powinno bać się ocen? Czas to sprawdzić. Jest nowy rząd, nowa minister i na pytania chcemy znać odpowiedź.
Niebawem w "Metrze": opinie ekspertów, odpowiedź ministerstwa. Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro@agora.pl