http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Walczyła o wnuki. I tak zabrali je do bidula

Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM, maj
2011-12-12, ostatnia aktualizacja 2011-12-12 16:28

Nikt się nie zastanawiał, jak kobiecie żyjącej z renty pomóc w utrzymaniu wnuków. Sąd uznał za to, że 54-letnia pani Teresa nie nadaje się na rodzinę zastępczą dla dwóch chłopców, i zabrał dzieci do domu dziecka


Fot. Micha3 Lepecki / Agencja Gazeta
ZOBACZ TAKŻE
Pani Teresa ma 59 lat, mieszka pod Lublinem. Wysoka, starsza pani, włosy upięte w koczek. Mówi tak głośno, że niektórzy mogą powiedzieć, że krzyczy. - To stąd, że miałam przed laty wylew w uchu i na jedno ucho nie słyszę - wyjaśnia. Na pytanie, kim jest z zawodu, odpowiada, że kiedyś zajmowała się administracją, a teraz żyje z niewielkiej emerytury i handlu obnośnego, który prowadzi z mężem (nie mają ślubu, ale od dawna są razem).

Babcia zostaje rodziną zastępczą

Rok 2002. Pani Teresa zostaje rodziną zastępczą dla swoich wnuków: Wojtka i Krzysia. Matka chłopców cały czas z nimi mieszka, ale formalnie nie może się dziećmi zajmować, bo jest ubezwłasnowolniona. Ma stany depresyjne.

Rok 2003, styczeń. Informację z sądu o ustanowieniu babci rodziną zastępczą dostaje Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie w Lublinie. Nic o pani Teresie i jej problemach nie wie, bo kobieta nie była podopieczną MOPR. Babcia ma nie odstępować dzieci na krok. Nikt nie pyta, z czego rodzina żyje. Rok 2004. Pracownicy socjalni i kurator kontrolują dom pani Teresy i "mają duże zastrzeżenia". - Pracownik socjalny często zastawał dzieci z mamą - mówi wicedyrektor MOPR w Lublinie Małgorzata Domagała. Babcia potwierdza, że dużo jeździła i jeździ, razem z mężem. Tłumaczy, że zarabia na życie: jeździ po wsiach i przy cmentarzach sprzedaje znicze. - Mam 450 zł renty, wtedy córka też dostawała 400 zł. Nikogo nie obchodziło, skąd my weźmiemy te pieniążki - mówi pani Teresa.

Sąd odbiera dzieci

Rok 2006. Sąd wydaje decyzję o rozwiązaniu rodziny zastępczej dla Wojtka i Krzysia. Bo babci zbyt często nie ma w domu.

- Nie dysponowała odpowiednimi warunkami do zabezpieczenia potrzeb małoletnich. Brak było łazienki, brak podstawowych mebli - mówi sędzia Artur Ozimek, rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie.

Po decyzji sądu, starszego wnuka, Wojtka, kurator umieszcza w najpierw w pogotowiu opiekuńczym, później w domu dziecka. Pani Teresa regularnie odwiedza chłopca.

Ukrywała się chodząc po urzędach?

W przypadku młodszego Krzysia, w decyzji sądu nie ma mowy o zabraniu go przez kuratora. Do placówki powinna odwieźć go babcia. Ale nie odwozi. Nie chce stracić wnuka. Pomoc społeczna twierdzi, że babcia się ukrywała.

- Systematycznie zmieniała miejsca zamieszkania, unikała podawania miejsca pobytu wszystkim instytucjom - mówi dyrektor Domagała z MOPR. Sama pani Teresa twierdzi, że się nie ukrywała. - Chodziłam po urzędach, pisma zostawiałam, wysyłałam - mówi. - Nikt nie chciał mnie wysłuchać, nikt nie chciał mi pomóc. Toczyła batalię o wydobycie starszego wnuka z bidula i chciała nie dopuścić, by zabrano jej młodszego, Krzysia.

- Ciągle liczyłam, że się uda - mówi, usprawiedliwiając się, że nie posłała wnuczka do szkoły.

- Dziecko nie realizowało obowiązku szkolnego, mimo że chłopiec ma dziś 10 lat. To poważne zaniedbanie pedagogiczne - słyszę w MOPR. Babcia bała się, że jak pośle Krzysia do szkoły, to go wprost stamtąd zabiorą do domu dziecka.

Wszyscy do bidula

Po pięciu latach od wydania postanowienia o rozwiązaniu rodziny zastępczej, w październiku 2011 r. kurator w asyście policji zabiera Krzysia oraz jego 5-letnią siostrę do domu dziecka. Dyrektor placówki, do której trafili Krzyś i Kasia, mówi, że dzieci są zadbane, dobrze odżywione, że nikt się nad nimi nie znęcał. Nie ma mowy o przemocy w rodzinie, patologii. Dyrektor mówi o innych "dysfunkcjach społecznych" i o "zaniedbaniach pedagogicznych, wychowawczych i opiekuńczych". Ale dopytywany, czy dzieci są zaniedbane, ma jeden podstawowy zarzut: chłopiec nie chodził do szkoły.

Kiedy odbiera się dzieci

Rok temu pracownicy socjalni dostali prawo do natychmiastowego zabierania dzieci z domów, gdy zagrożone jest życie lub zdrowie dziecka i w związku z przemocą w rodzinie. Padały pytania, czy będą rozbijać rodziny za klapsa, z powodu biedy w domu lub np. lekkiego upośledzenia społecznego rodziców. Tak się nie stało. - Nie mamy sygnałów o nadużyciach prawa przez pracowników socjalnych - mówił "Metru" kilka tygodni temu Luis Alarcon, szef Stowarzyszenia Niebieska Linia, pomagającego pokrzywdzonym przemocą w rodzinie.

Jak policzyło Ministerstwo Pracy, w ciągu roku w całym kraju odebrano rodzicom 588 dzieci, najwięcej na Śląsku i w Zachodniopomorskiem. Według resortu, danych nie ma z czym porównać, bo wcześniej to policja lub kurator odbierali dzieci. Nieoficjalnie osoby zajmujące się problemem przemocy w rodzinie mówią, że odbierano kilkaset maluchów rocznie.

Jak mówią sami pracownicy socjalni, najczęstszym powodem odbierania dzieci jest ich skrajne zaniedbanie (głodzenie, bicie) przez rodziców alkoholików.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl



Źródło: Dziennik Metro
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy