W kuchni połączonej z salonem w mieszkaniu Elbanowskich króluje ogromny stół. W Wigilię zasiadło przy nim siedemnaście osób. W rogu, imponująca, sięgająca sufitu choinka. - Muszę coś zjeść, bo padnę - śmieje się Karolina, dotykając brzucha. W tym roku para będzie się cieszyć szóstym dzieckiem. Fajnie, gdyby urodził się chłopiec; byłoby trzy do trzech - opowiada.
W czerwcu na podłodze piętrzyły się sięgające połowy wysokości stołu stosy listów z poparciem dla ich projektu, bo Elbanowscy to symbol sprzeciwu wobec promowanej przez rząd reformy oświaty. W sumie - 347 tys. podpisów pod ustawą przewidującą obowiązek szkolny
dla dzieci dopiero od siedmiu lat. - W Polsce nie ma prawdziwej organizacji rodzicielskiej. To śmieszne, że plany rządu co do becikowego komentują pracodawcy z Lewiatana - denerwuje się Karolina. Im marzy się takie edukacyjne Centrum im. Smitha, zrzeszające ekspertów i interweniujące, kiedy gdzieś dzieciom dzieje się krzywda.
Ostatnia wolta PSL i decyzja koalicji też ich nie załamała. - Obie partie koalicyjne licytują się, kto okaże większe lekceważenie dzieciom i rodzicom. Oczekujemy, że zmienią zdanie. W tym roku chcemy doprowadzić do przyjęcia naszego projektu przez Sejm - mówi Tomasz Elbanowski.
Była społeczna akcja, jest praca Zaczęło się w 2008 roku. Karolina usłyszała w
radiu o reformie edukacji, która wyśle do pierwszych klas młodsze
dzieci. Wyłowiła zapowiedź, że dzieci dostaną za darmo podręczniki. Ucieszyła się. Ale potem wyobraziła sobie sześcioletniego synka w pobliskiej podstawówce. Z wykształcenia germanistka, uczyła tam kiedyś niemieckiego. Pamiętała, że musiała się przeciskać w szatni między starszymi, rozkrzyczanymi uczniami.
Nie mogła spać. Przyszła myśl - tego nie można tak zostawić. W maju tamtego roku Karolina i Tomasz zaczęli akcję "Ratuj maluchy". Razem z rodzicami z całego kraju przekonywali, że reforma to niewypał, że sześciolatki nie dadzą sobie rady w nieprzygotowanych szkołach. Sejm reformę przyjął, ale udało im się wywalczyć prezydenckie veto. Odrzucone przewagą zaledwie siedmiu głosów. - Straciliśmy na chwilę ducha - przyznaje Tomek.
- Dziś jesteśmy mądrzejsi i nie gadamy bez przerwy w domu o sześciolatkach, żłobkach, podwyżkach. Dzieci muszą mieć dom, a nie rodziców wiecznie w innej rzeczywistości - zapewnia Karolina, sięgając po talerz z ciastkami. - Staramy się po 16. być tylko dla nich - mówi Tomek.
- Moja mama była zapaleńcem społecznikiem. Znam to doskonale. Trzeba żyć swoim życiem, zamiast się cały czas nakręcać na naprawianie świata - dodaje Karolina. Dziś potrafi poprosić ważną panią poseł, by zadzwoniła kiedy indziej, bo jest 20, a ona właśnie czyta dzieciom "Czerwonego Kapturka".
Ale dziś też walka o prawa dzieci i pomoc innym rodzicom stały się dla nich sposobem na życie. Zanim zaczęli swoją akcję, Tomek, z wykształcenia historyk, był dziennikarzem w lokalnej gazecie w Legionowie. - Dwa lata starałem się połączyć pracę, dom i społeczną działalność. Miałem wrażenie, że wszystko robię po łebkach - mówi. Stąd pomysł, aby zająć się zawodowo "ratowaniem maluchów" i powołać Fundację i Stowarzyszenie "Rzecznik Praw Rodziców".
Niech dzieci będą zdrowe, reszta się ułoży Czy nie są już zmęczeni tematem sześciolatków? Tomasz Elbanowski: - To jak z zakochaniem i miłością. Pierwsza silna chemia, trwa podobno maksymalnie dwa lata. Potem jest spokojniej, dojrzalej. Tak też jest z naszym zaangażowaniem w akcję. Teraz rzadko zarywamy noce.
- Bez Krysi Buly, Beaty Piwowarczyk i Kasi Mastalerz-Jakus i wielu innych nie dalibyśmy rady - mówi Tomek. Opowiadają o mamach z całego kraju, które kładą dzieci spać i zabierają się np. za wyszukiwanie adresów przedszkoli czy zdobywanie telefonów do polityków.
Nie wiadomo, kiedy na stole pojawiają się talerze z pomidorówką. Zrobili ją razem w trakcie naszej rozmowy, nie tracąc wątku, nie przerywając opowieści. Tylko na moment robi się gwarno, kiedy dzieciaki wspinają się na swoje krzesła.
- Każde
dziecko to jakiś gratis - żartują. Za każdym razem z oczekiwaniem przychodzi jakaś mobilizacja; a to oboje robią prawo jazdy, kupują
samochód, a to właśnie udaje im się kupić większe mieszkanie na chwilę przed boomem cenowym. - Co będzie tym razem? Już się nie mogę doczekać - mówi Karolina.
Kiedy myślą o 2012 roku, to nie o kolejnych decyzjach rządzących, ale o sprawdzonym szpitalu, gdzie będą mieli pokoik za grosze, w którym spędzą nawet sześć dni z noworodkiem. I o tym, jak będą się mu przyglądać, cieszyć, poznawać.
Nie denerwują się, kiedy słyszą pytanie: "po co wam tyle dzieci?". Śmieją się, że dziś młoda wielodzietna rodzina jest unikatem jak jednorożec, tak czasem patrzą ludzie, kiedy spacerują z wszystkimi dziećmi. - Każde z nich jest wyjątkowe, każde to oddzielna historia. Nie ma nic ciekawszego niż mały człowiek - powtarzają. A kryzys? Kredyty? - Bać się kryzysu, bez sensu. Można kombinować z ostrożnością, a potem, jak u Gałczyńskiego, wpaść pod ciężarówkę z kapustą - mówi Tomek.
Czego sobie życzą na nowy rok? - Żeby maleństwo było zdrowe. Reszta się ułoży.
Kto wygra, rząd czy Elbanowscy? Dlaczego? Napisz do nas:
metro@agora.pl