Główna zmiana w ustawie refundacyjnej: (wbrew wcześniejszym intencjom resortu zdrowia lekarze nie będą finansowo karani za recepty wystawione nieubezpieczonym pacjentom. (I nie będą musieli wpisywać na recepcie, ile chory ma zapłacić za lek (ryczałt 3,20 zł, 30 proc., 50 proc.) w przypadku, gdy lek ma jeden poziom refundacji.
Ale lekarzom to nie wystarcza. Nie chcą przerywać protestu. Chcą poznać datę, kiedy wymuszone przez nich zmiany wejdą w życie. Do tego czasu nie będą wypisywać pacjentom leków ze zniżką, a na receptach będą stawiać pieczątkę "refundacja do decyzji NFZ". Przekonują, że ich protest jest w interesie pacjentów.
W poniedziałek Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy ogłosił, że jako "wyraz dobrej woli" lekarze będą wpisywać na recepcie międzynarodową nazwę leku, aby pacjentowi łatwiej było znaleźć tańszy odpowiednik.
Cierpliwość do lekarzy straciła wczoraj Barbara Kozłowska, rzecznik praw pacjenta, do której w pierwszym tygodniu stycznia wpłynęło ponad 1,5 tys. skarg od pacjentów. Lekarze odmówili im recepty na lek ze zniżką. Skarżyli się też, że z powodu zmian na liście refundacyjnej musieli za swoje stałe leki zapłacić znacznie więcej niż do tej pory. Przykład ujawniony wczoraj przez Radio TOK FM: zamiast 3,20 blisko 85 zł za jedno opakowanie leku muszą płacić pacjenci po operacjach guza przysadki cierpiący na tzw. moczówkę prostą przysadkową, a tańszych odpowiedników nie ma.
- Akcja pieczątkowa powinna zostać natychmiast przerwana - zaapelowała wczoraj do lekarzy Barbara Kozłowska. Zapowiedziała postępowania o naruszenie praw pacjentów wobec ponad 90 lekarzy, którzy wystawili opieczątkowane recepty. Lekarzom, którzy wciąż będą odmawiać wypisania recept poprawnie, grozi nawet do 500 tys. zł kary - odgraża się rzeczniczka.
Jej ostrzeżenia nie poskutkowały. - Jesteśmy w stanie udowodnić swoją rację w sądzie - mówi Jacek Krajewski, prezes Porozumienia Zielonogórskiego lekarzy.
Kto ma rację? Jaki jest sens, aby lekarz wypisywał na recepcie wysokość zniżki na lek przysługującej pacjentowi? Według nowej ustawy Ministerstwo Zdrowia negocjuje z producentem leku jego cenę i określa sztywno, w jakim stopniu będzie on refundowany i co lekarz ma napisać na recepcie. Sprawa jest jasna w ok. 2,5 tys. leków. Ale w 200 przypadkach wysokość zniżki zależy od tego, na jaką chorobę lek jest przepisywany.
Resort zdrowia przekonywał, że dzięki takiemu wymogowi utrudni się lekarzom wypisywanie leków ze zniżką pacjentom, którzy nie mają do tego prawa. Bo trzeba oszczędzać.
Ale urzędnicy nieoficjalnie przyznają, że nowe przepisy nie powstrzymają nadużyć. Z ich punktu widzenia główny pożytek z nowych przepisów jest taki, że na nowych receptach będzie więcej dowodów fałszerstwa, a więc łatwiej będzie lekarza ukarać.
Dlaczego Ministerstwo Zdrowia i rząd tak długo bronili tych kiepskich, utrudniających wszystkim życie, przepisów? Może chodziło jedynie o zachowanie twarzy, bo przecież ustawa refundacyjna była sprzedawana jako sztandarowa reforma służby zdrowia tej ekipy.
Kto powinien sprawdzać, czy pacjent ma ubezpieczenie. Czy warto to robić, skoro tylko 2,5 proc. Polaków nie ma ubezpieczenia? Bo wtedy na urzędnicze kontrole i zmarnowany czas lekarzy wydamy więcej, niż zaoszczędzimy na szczelnym systemie. Do tej pory NFZ wydawał rocznie na leki ok. 9 mld zł rocznie. W ub. roku Fundusz zakwestionował recepty wystawione na 5,3 mln zł - osobom nieubezpieczonym, fikcyjnym, etc.
Nowa ustawa miała zatrzymać ten wyciek pieniędzy z Funduszu. Ale lekarze nie chcą tego sprawdzać, bo mówią, że nie są w stanie (nie ma bazy danych ubezpieczonych) i nie mają czasu. Może więc w ogóle nie warto tego sprawdzać, skoro prawie 98 proc. Polaków ma prawo do leczenia w ramach NFZ?
Według niektórych ekspertów koszty tego są większe niż to, co udałoby się zaoszczędzić na nadużyciach.
- To strata czasu lekarza, by sprawdzał, czy pacjent jest ubezpieczony. Choć oczywiście ktoś powinien to robić, bo w innym razie pacjenci mogą przestać się ubezpieczać, na czym straci cała reszta - przyznaje Jacek Krajewski. Dziś zwykle ubezpieczenie odnośnie odpłatności za wizytę u lekarza sprawdzają rejestratorki przychodni. Dlaczego jej sprawdzanie nie mogłoby też dotyczyć ubezpieczenia odpłatności za leki? To przecież wydaje się oczywiste, że tak powinno być. I eureka! Jak się nieoficjalnie dowiadujemy, Ministerstwie Zdrowia też wpadło na ten pomysł. Zamiast lekarzy, za sprawdzenie ubezpieczenia miałby odpowiadać właściciel przychodni czy szpitala. Do konkretnych propozycji niestety daleko.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro@agora.pl