Według szacunków, bo na dokładne dane wciąż czekamy, w całej Polsce urodzić się mogło zaledwie 380 tys. maluchów. To 34 tys. mniej niż rok wcześniej (wtedy mieliśmy 413 tys. urodzeń).
Skąd załamanie? Prof. Irena Kotowska z Instytutu Statystyki i Demografii SGH mówi, że za rosnącą liczbą urodzeń ostatnich ośmiu lat (około 7 tys. rocznie) stały roczniki wyżu z przełomu lat 70. i 80. - Coraz więcej z nich decydowało się realizować odroczone plany reprodukcyjne. Ale doszliśmy do ściany. Ci z nich, którzy chcieli mieć
dzieci, już się na nie zdecydowali. Teraz pałeczkę przejmuje ich młodsze rodzeństwo. Nawet jeśli będą decydować się na jedno, dwoje dzieci, to spadek liczby urodzeń wciąż będzie postępował, bo to już dużo mniej liczne roczniki - tłumaczy.
Inaczej stałoby się, gdyby nastała
moda na trójkę albo nawet więcej dzieci. Ale jej rychłe nadejście - przy obecnych problemach, jakim muszą stawiać czoła kobiety chcące godzić pracę z macierzyństwem - raczej nie jest możliwe.
Prof. Janusz Czapiński uważa, że to nie jest kwestia wyżu, tylko warunków życia. - Młodzi najwidoczniej uwierzyli, że choć kryzys jeszcze nie zapukał do Polski, to jednak nadejdzie. Więc rezygnują z dzieci, bo dochodzą do wniosku, że nie będzie ich stać. Wielu z nich już na zawsze może zostać bez dzieci - mówi.
A może to tylko chwilowe wahnięcie? Według prof. Czapińskiego spadek urodzeń dowodzi, że dotychczasowe rządowe pomysły (zachęty do otwierania prywatnych żłobków, rejestrowania działalności opiekunek), które miały pomagać kobietom w godzeniu macierzyństwa z
pracą, nie dają efektów. I jeżeli nic się w tej kwestii nie zmieni, to odwrócenia tendencji nie doczekamy się przez dwie dekady. - W 2020 r. będzie już tylko 360 tys. 19-latków. Gdy te roczniki zaczną zakładać rodziny, za kolejne 8-12 lat liczba urodzeń może spaść poniżej 350 tys. - prorokuje.
Co to oznacza? Zanim w gruzach legnie nasz system emerytalny (o ile dziś na jednego emeryta przypada czterech pracujących, to w 2030 r. może być tylko dwóch), ucierpią nauczyciele. - Szkół będzie za dużo, więc będą zamykane, a nauczyciele zaczną tracić pracę - mówi. Przewiduje, że likwidacje ominą przedszkola, a to dlatego, że dziś uczęszcza tam tylko około 60 proc. dzieci, a mamy dobijać do 90-procentowej średniej unijnej. - Osiągnięcie tego pułapu może okazać się punktem zwrotnym. Dopiero wtedy matki odczują pomoc państwa i może trend się odwróci - prognozuje prof. Czapiński.
Uratuje nas pokora i imigranci Prof. Tadeusz Popławski, socjolog z Politechniki Białostockiej uważa jednak, że spadek liczby urodzeń może być jeszcze głębszy (możemy mieć 320-340 tys. urodzeń rocznie), ale tendencje odwrócą się dość szybko (za 4-5 lat). - Dziś faktycznie przestraszyliśmy się, że nadejdą trudne czasy i ostro zweryfikowaliśmy nasze plany prokreacyjne, bo wiemy, że dzieci to wydatek, a chcemy utrzymać poziom życia. Ale w ciągu kilku lat zweryfikujemy nasze ambicje i zamiast starać się o kredyty hipoteczne, pogodzimy się z tym, że nie musimy mieszkać we własnym. Rodziny będą wynajmować
mieszkania, wracać do rodziców. Gdy okrzepną w tych nowych warunkach, zaczną myśleć o dzieciach.
Według niego jednym z motorów, który odwróci spadkowe tendencje spadku urodzeń, będą imigranci ze Wschodu, np. z Ukrainy, Białorusi, Rosji. - Kryzys może ich kraje dotknąć mocniej niż nas, dlatego będą do nas coraz chętniej przyjeżdżać osiedlać się i zakładać rodziny - mówi.
Co o tym sądzisz? Pisz: metro@agora.pl lub skomentuj na facebooku. Masz inny temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro@agora.pl