Miało być tak miło.
Polska, strażnik jedności Europy, jeden z głównych rozgrywających razem z Berlinem w Unii. Tak pomyślały sobie miliony Polaków po tym, jak ekipa Donalda Tuska pod koniec ub.r. skończyła prezydencję w UE. Euforia trwała krótko. W środę, kiedy premier przekazał Danii prezydencję, spadliśmy na ziemię. - Nie jesteśmy w Unii wszechmocni - przyznał rozbrajająco szczerze Donald Tusk. To komentarz do nadciągających problemów. Polacy mogą mniej kochać UE.
O co chodzi?
(W środę okazało się, że wbrew zapowiedziom rządu kraje
strefy euro nie zaproszą nas na swoje szczyty. Wynika to z projektu umowy międzyrządowej. Bardzo nam na tym zależało, bo na tych szczytach zapadają teraz decyzje dotyczące całej Unii. W praktyce oznacza to, że będziemy w Europie drugiej kategorii. Na szczytach euro nie chce nas prezydent Francji Nicolas Sarkozy.
(W prasie pojawiły się informacje, że podczas niedawnego obiadu kanclerz Niemiec Angeli Merkel i prezydenta Francji, ten drugi wytargował dla bogatych krajów UE środki na walkę z
bezrobociem. Miałyby pochodzić z naszej puli 300 mld złotych, przeznaczonych w latach 2014-20 na infrastrukturę. Te pieniądze obiecał w kampanii wyborczej premier, na nasze drogi, kolej, miasta. Bez nich nie dogonimy Zachodu.
(Z Niemiec, (Tusk ma gorącą linię z Angelą Merkel), płyną protesty przeciwko budowie w Polsce elektrowni atomowej. Lepsza jest energetyka alternatywna. Może to zablokować nasze atomowe plany, bo podobnych głosów w Europie, która w większości ma atom, przybywa.
(Jakby tego było mało, Unia, zwłaszcza Skandynawowie i Brytyjczycy, naciskają na mocne ograniczenie emisji CO2. Dla Polski może to oznaczać zamknięcie starych elektrowni i wysokie podwyżki cen prądu.
Co to naprawdę oznacza? - Sprawa przesunięcia pieniędzy z naszej infrastruktury jest nadmuchana. Francuzi chcą przekazywać na walkę z bezrobociem tylko te środki, których państwa nie zdążą wydać. Polska nie ma takich problemów - uspokaja Tomasz Bielecki, brukselski korespondent "Gazety Wyborczej". Ale już politolog Aleksander Smolar nie jest tego taki pewien. - Te 300 mld to rozdęta obietnica PO. Na tyle nie ma szans, bo w Europie jest kryzys - podkreśla.
- Pieniędzy będzie znacznie mniej. Bo teraz funduszami trzeba będzie dzielić się z biedniejszymi od nas - Bułgarią i Rumunią. Unia chce też wydawać więcej na nowe technologie, a nie autostrady i lotniska - mówi europosłanka SLD Lidia Geringer de Oedenberg.
Wszyscy przyznają, że trudno będzie obronić wszystkie cele. Jeśli coś chcemy utargować, to w innym miejscu musimy ustąpić.
A dlaczego niekorzystne dla nas pomysły forsuje
Francja? - Nie robi tego przeciwko Polsce. Francuzi czują się ojcami Unii, dbają o swoje interesy. A my jesteśmy w niej od niedawna. I rozpychamy się, choć jesteśmy mniejsi i biedni - tłumaczy europosłanka.
Co na to Tusk? Przybrał pokerową minę, bo piłka jest w grze i ostateczne decyzje dopiero zapadną. Liczy na pomoc Niemiec. W połowie roku, już po wyborach prezydenckich (teraz, chcąc poprawić sondaże, Sarkozy licytuje), powinna też zmięknąć Francja.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro@agora.pl