1. Przyzwyczailiśmy się, że w sieci wszystko możemy znaleźć za darmo. Zapomnieliśmy tylko, że w te ściągane przez nas
piosenki, filmy i seriale ktoś włożył
pracę i ogromne pieniądze. Potężne wytwórnie filmowe, które zapewne wpisują straty ze ściągania w swoje budżety, nie działają jednak charytatywnie. Tworzą "House" tylko po to, żeby na tym zarobić, bo to jest ich
praca. Kiedyś być może nie produkowaliby seriali, tylko traktory. Ale świat się zmienił - teraz jednymi z najcenniejszych dóbr - są wytwory kultury i nauki - czyli własność intelektualna. Dostęp do niej - po latach hulania po rozwijającym się internecie - w końcu trzeba uregulować.
Jeśli zamiast masowego ściągania za darmo, każdy by za muzykę czy serial zapłacił choć trochę, byłby fundusze na kolejne projekty (Hollywood już wyrzuciło na bruk tysiące ludzi i zmniejszyło liczbę filmów, które tak lubimy).
2. Ale jak to uregulować? Surowe karanie do niczego nie prowadzi. Po pierwsze dlatego, że im bardziej skomplikowane będą zabezpieczenia i ostrzejsze przepisy, tym sprytniejsi i bardziej wyspecjalizowani będą piraci. Po drugie dlatego, że dziś często sami nie wiemy, kiedy robimy coś nielegalnego - przecież ściąganie w Polsce jest legalne, tylko udostępnianie karalne. Kto by się nie pogubił w tym gąszczu interpretacji?
3. Z drugiej strony wymienianie się plikami stało się zjawiskiem na tak wielką skalę, że trudno się dziwić, że przestaliśmy kradzież nazwać po imieniu. Bo skoro wszyscy to robią, to przecież nie może być to niezgodne z prawem. Wszystkich dawno by już zamknęli. W Googlu gdy wpisuję nazwę filmu w podpowiedziach, dostają frazę "do ściągnięcia", "torenty" itp.
4. Może więc to nie użytkownicy powinni powstrzymywać się od korzystania z treści w sieci, tylko raczej ich właściciele - czy częściej dystrybutorzy - powinni się zdobyć na większy wysiłek i dotrzeć do nas z legalnymi, ale tanimi plikami? Dziś piratujący seriale często nie mają pojęcia, że niektóre z nich mogą legalnie obejrzeć w tzw. streamingu albo tanio ściągnąć.
5. Inna sprawa to (słynna/rzekoma?) chciwość dystrybutorów. Do twórców tak naprawdę trafia niewielka część tego, co płacimy za płyty i filmy. A to pośrednicy domagają się surowych przepisów antypirackich, bo oni z kultury uczynili towar, na którym chcą jak najwięcej zarobić. Gdyby płyty były tańsze, być może więcej ludzi byłoby w stanie je kupować? Z drugiej strony podobnymi argumentami można wszystko zrelatywizować.
6. Popularne jest twierdzenie, że wielu artystom jest na rękę to, że ich twórczość jest piratowana - dziś swobodny przepływ muzyki w sieci to najsilniejsze z narzędzi promocji. Mówi się, że wielu (ale dokładnych liczb nie ma) z tych, którzy wysłuchali płyt nielegalnie, potem poszło po nie do sklepu albo kupiło bilety na koncerty i zapłaciło artystom bezpośrednio. Jednak za darmo do sieci swoje płyty wpuszcza może kilkunastu znanych artystów na świecie. Czy, gdyby to było tak opłacalne, nie wszyscy by tak robili?
7. Jednak dzięki wolnemu dostępowi do kultury wydaje się nam, że może z niej korzystać każdy. Myślimy więc, że jeśli zabraknie tej wolności, to przestaniemy z niej korzystać, coś wartościowego stracimy. Stanie się ona towarem
ekskluzywnym, dostępnym dla tych, których stać na bilet do teatru, kina, kupienie płyty albo ściągnięcie jej z internetu. Dziś wolność sieci pomaga zmniejszać społeczne różnice, co może jest wbrew interesom koncernów, ale powinno być zgodne z interesami rządów. Surowe limitowanie dostępu do kultury wpłynie także na mniejszą możliwość inspirowania się, przetwarzania i tworzenia - a więc ograniczy rozwój samej kultury.
8. I komu tu wierzyć?