26 stycznia obchodzimy Ogólnopolski Dzień Transplantacji, święto ok. 12 tys. Polaków, którzy żyją z przeszczepionymi narządami. To rocznica pierwszego udanego przeszczepu nerki w 1966 r. w Akademii Medycznej w
Warszawie, przeprowadzonego 12 lat po pierwszym takim zabiegu na świecie.
W ub.r. przeprowadzono w Polsce 1411 transplantacji od zmarłych dawców. To o 64 więcej niż w 2010 r. i aż o 269 więcej niż dwa lata temu. Mimo to na liście oczekujących na pomoc wciąż czeka prawie dwa tysiące osób.
Anita Karwowska: Każdy pacjent po transplantacji do końca życia musi przyjmować leki, dzięki którym ich organizm nie odrzuca przeszczepionego narządu. Przed 1 stycznia, kiedy wchodziła w życie ustawa refundacyjna, wiele osób bało się wzrostu ceny leków i tego, że będą musieli korzystać z tańszych zamienników. Wasze obawy się potwierdziły? Eugeniusz Rydel : Przed końcem roku z aptek i hurtowni zniknęły wszystkie stosowane przez polskich pacjentów leki. Większość zrobiła zapasy na trzy miesiące, a więc do marca. Niektórym udało się wykupić leki na dłużej. Żałują ci, którzy się zgapili, bo ceny kilku popularnych leków, m.in. stosowanych po przeszczepach wątroby i nerek, bardzo wzrosły. Zamiast kilku złotych za opakowanie, teraz trzeba zapłacić nawet ok. 150 zł. Miesięcznie koszty leczenia to ok. 400 zł. Sam tyle będę płacił. Na razie korzystam z zapasów.
Pacjenci, których nie stać na leczenie, będą od marca eksperymentować z tańszymi zamiennikami? - W tej sprawie jesteśmy zdezorientowani. Niektórzy lekarze nie chcą przestawiać pacjentów na leki generyczne (tańsze zamienniki). Mówią, że dla organizmu to rewolucja, która w skrajnych przypadkach może doprowadzić do odrzucenia narządu. Inni uspokajają nas, że takiego ryzyka nie ma. Krajowy konsultant ds. transplantologii prof. Wojciech Rowiński, który przed wejściem w życie nowych przepisów ostrzegał resort zdrowia przed przestawianiem chorych na generyki, teraz uspokaja. Kilka dni temu dostałem od niego maila, w którym stwierdza, że to powszechny trend, widoczny m.in. w
USA, tak więc i my nie powinniśmy się tego bać. Pewne jest natomiast to, że teraz chodzimy na kontrole co kilka miesięcy. Przy nowym leku trzeba będzie pójść do lekarza raz w miesiącu, niektórzy będą musieli leżeć w szpitalu.
Pan się boi tych eksperymentów? - Zaufam mądrzejszym ode mnie. Ale chciałbym, byśmy nie musieli żyć w tej niepewności, która jest nieznośna. Do tej pory czułem się świetnie i najważniejsze, by tak zostało.
Z przeszczepioną wątrobą żyje pan już sześć lat. - Sześć lat będzie 17 czerwca. Jak co roku z tej okazji z rodziną zafundujemy sobie pyszne ciastka i kawę.
Bał się pan przeszczepu? - Nie miałem wyjścia. Miałem 50 lat, cierpiałem na niewydolność wątroby, choroba była już tak zaawansowana, że zdarzały mi się zaniki pamięci. Musiałem zrezygnować z
pracy. Dziś mówię: Bozia klepnęła mnie w plecy. Bo jak inaczej opisać to, że od badań kwalifikujących do przeszczepu minęło zaledwie kilka tygodni? Telefon od koordynatora przeszczepiania dostałem o 1 w nocy. Musiałem stawić się rano w Warszawie. Wsiadłem w
samochód i jechałem z nadzieją, że po drodze nie zadzwonią raz jeszcze, by odwołać zabieg. Nie odwołali.
Wie pan coś o swoim dawcy? Dostałem wątrobę od 20-letniego człowieka, który najprawdopodobniej zginął wypadku. Nic więcej nie wiem,ale zawdzięczam mu życie.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro@agora.pl