Rząd Donalda Tuska nie ugiął się pod protestami i wczoraj (w nocy naszego czasu) polska ambasador w Japonii Jadwiga Rodowicz podpisała umowę ACTA. Pod dokumentem swoje podpisy złożyli też przedstawiciele większości państw Unii Europejskiej, oprócz Cypru, Estonii, Słowacji, Niemiec i Holandii.
Tymczasem ważny głos w dyskusji o wolności w internecie zabrał wczoraj Europejski Trybunał Sprawiedliwości. ETS ogłosił werdykt w sprawie wytoczonej przez belgijską organizację ochrony praw autorskich SABAM przeciwko jednemu z belgijskich dostawców internetu. Sprawa ciągnęła się od 2004 r., kiedy dostawca odmówił zablokowania możliwości nielegalnego pobierania plików przez użytkowników jego sieci. Wczoraj sędziowie ETS stwierdzili, że nie można zmuszać dostawców internetu do zainstalowania systemu zapobiegającego nielegalnemu pobieraniu plików, bo mogłoby to doprowadzić m.in. do naruszenia danych osobowych klientów i naruszenia Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej (
Polska nie podpisała karty).
Orzeczenie trybunału odnosi się więc do jednej z zasad, którą miałaby wprowadzić ACTA. Według unijnych ekspertów, skoro jest ona niezgodna z KPP, oznacza to, że Unia Europejska nie może przyjąć ACTA.
- Wyrok Trybunału ma fundamentalne znaczenie dla przyszłości internetu i rozwoju silnego europejskiego rynku internetowego - komentował wczoraj Malcolm Hutty, prezes stowarzyszenia operatorów sieci internetowej European Internet Service Providers Association.
Polscy przeciwnicy ACTA znaleźli też sojuszników w posłach opozycji. PiS zapowiedział, że złoży do marszałka Sejmu wniosek o przeprowadzenie referendum w sprawie przystąpienia Polski do umowy. Jego poparcie zapowiedział już Ruch Palikota, ale i tak szanse, by takie głosowanie zostało przeprowadzone, są nikłe, bo wniosek musi poprzeć bezwzględna większość zasiadających w ławach parlamentarnych posłów.