http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ser wyborczy premiera

Igor Nazaruk
2012-02-07, ostatnia aktualizacja 2012-02-07 19:52

Donald Tusk podczas podróży tuskobusem zawitał także na bezdroża Podlasia. W niewielkim Korycinie obiecywał, że naprawa przepisów dotyczących sławnego w całej Polsce sera zajmie góra dwa tygodnie. Chodzi o to, żeby ser można było sprzedawać legalnie także poza Podlasiem. Po wygranych wyborach premier powołał zespół, powstał raport i sprawa ucichła

Ser koryciński
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
Ser koryciński
Serowarzy z Podlasia w zeszłym roku złożyli wniosek do Komisji Europejskiej o rejestrację sera jako produktu regionalnego

Koryciński byłby wówczas tak samo chroniony jak francuski roquefort lub góralski oscypek. - Procedury rejestracyjne wciąż trwają - mówi Mirosław Lech, wójt gminy Korycin. - To dla nas wielka szansa, ogromna reklama i ochrona prawna, która pozwoli wyeliminować podróbki naszego sera. Ale w międzyczasie Ministerstwo Rolnictwa wydało rozporządzenie, które mówi, że serowarzy legalnie mogą sprzedawać wyłącznie w Podlaskiem i przylegających do niego powiatach. Rozporządzenie nie dotyczy pośredników, którzy dostarczają ser do delikatesów.

- Zdecydowaliśmy się na sprzedaż tych serów, gdyż stawiamy na jakość i tradycję - mówi Marta Rutkowska z delikatesów Blikle w Warszawie.

A cena? Za kilogram przysmaku trzeba zapłacić od 35 do 70 zł. - Prawdziwy ser musi kosztować powyżej 25 zł, bo na jego kilogram trzeba zużyć nawet 14 litrów mleka - tłumaczy jedna z producentek. - U nas kosztuje właśnie tyle, ale do ceny w delikatesach trzeba doliczyć marżę sklepu i koszty pośrednika, bo my legalnie sprzedawać nie możemy.

Kiedy premier dowiedział się o sytuacji korycińskich serowarów, obiecał pomóc. Jednak minęło dwanaście tygodni i sprawa ucichła. Co prawda spotkanie zespołu roboczego ds. produktów tradycyjnych i regionalnych z pełnomocnikiem prezesa Rady Ministrów ds. ograniczania biurokracji się odbyło, opublikowano ogólnikowy raport i cisza. Jak zapewniają serowarzy, od spotkania z premierem nikt się do nich nie odezwał, a o raporcie dowiedzieli się kilka dni temu.

- Mamy absurdalne prawo, ale trzeba go przestrzegać albo je zmienić, a do tego potrzebne są zmiany legislacyjne. Rozumiem rozgoryczenie producentów i klientów, którzy są zmuszeni przepłacać. Konieczne jest wypracowanie pośrednich możliwości, tak aby producent mógł bez pośrednictwa legalnie sprzedawać swój produkt. Szkoda, że premier i specjalnie do tego powołany zespół nic w tym kierunku nie zrobili - żali się Izabela Byszewska, prezeska Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego.

- Za chwilkę ser dostanie certyfikat UE, będzie chroniony prawem, znikną podróbki. Tymczasem ciągle nie będziemy go legalnie sprzedawać - mówi wójt Lech.

Serowarzy czekają, tymczasem zarząd województwa podlaskiego zaczął naciskać Ministerstwa Zdrowia i Rolnictwa. Na odpowiedź samorządowcy czekają od stycznia.

My też zapytaliśmy Ministerstwo Rolnictwa, dlaczego sprawa się ślimaczy i dlaczego mimo deklaracji nie dbają o interesy polskich rolników. Na odpowiedź, mimo obietnicy rzeczniczki resortu, nie doczekaliśmy się.

- Co prawda dostaliśmy raport, ale dużo po czasie, z którego wynika, że i tak mamy dobrze, bo np. Belgowie mogę sprzedawać tylko w obszarze 80 km, Niemcy - 100 km, a Hiszpanie w obrębie gminy, a my w całym województwie i powiatach przyległych - mówi anonimowo jeden z producentów sera. Na razie nie mamy problemów, nikt nas nie ściga za to, że nasz ser można kupić w całym kraju. Ale jak będzie? Nie wiadomo, może się okazać, że z winy urzędników nasz ser zniknie ze sklepowych półek.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl



Źródło: Dziennik Metro
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów