Najświętszy ogień ucieleśnia nadzieję i marzenia, światło i radość, przyjaźń i pokój - mówił Liu Qi, główny organizator olimpiady w Pekinie, triumfalnie wznosząc znicz z ogniem z greckiej Olimpii na placu Tiananmen. Tym samym, na którym w 1989 r. chiński reżim rozjechał czołgami ludzi domagających się wolności słowa i demokracji w Państwie Środka. Zginęło wtedy 5 tys. osób, a 10 tys. zostało rannych. - Znicz na placu Tiananmen to poniżenie idei olimpijskiej - protestują obrońcy praw człowieka. - Zorganizowanie w tym miejscu uroczystości to lekceważenie ludzi, którzy tam zginęli, ich rodzin i świadków tych wydarzeń - oburza się publicystka i filozof Halina Bortnowska. Bo dziś Pekin nadal wsadza do więzień lub zabija w publicznych egzekucjach za najdrobniejszą krytykę władzy. I odmawia jakichkolwiek rozmów na temat łamania praw człowieka w Tybecie, gdzie wojsko krwawo tłumi pokojowe demonstracje mieszkańców domagających się wolności.
Dlatego wśród tłumu na największym placu świata oprócz przedstawicieli władz, tancerzy i zwiezionych ciężarówkami studentów pełno było policjantów i tajniaków. Władzom zależało, by żaden protest nie zakłócił ceremonii. Gdy skończyły się przemowy, prezydent Chin Hu Jintao rozpoczął sztafetę olimpijską i przekazał znicz mistrzowi świata w biegu przez płotki Liu Xiangowi. Sztafeta potrwa 130 dni i ma liczyć 137 tys. kilometrów. Poza Chinami dotrze do kilkunastu państw Azji, Europy i Ameryki. W wielu krajach już dziś planowane są manifestacje poparcia dla Tybetu. 19 czerwca znicz ma być wniesiony na Mount Everest, górę świętą dla Tybetańczyków. Wielu ludzi na świecie domaga się zmiany trasy znicza, by Chiny nie miały pretekstu do pacyfikowania Tybetu (apel do PKOl w tej sprawie znajdziesz na stronie Tybetwatch.blox.pl). Mimo blokady informacji wiadomo bowiem, że demonstracje w Lhasie nie ustają.
Tybetańczyków w walce o przestrzeganie ich praw we własnym kraju popierają też Polacy. Wczoraj w Katowicach i Łodzi odbyły się demonstracje solidarności z Tybetem. Na pierwszą przyszło ok. 200 osób, na drugą 30. Obie przeszły przez centra miast w milczeniu. - Poznałam Tybetańczyków w Indiach. Wiem od nich, co się tam dzieje, więc nie mogłam nie przyjść - powiedziała po marszu Ewelina Ferenc z Katowic. - Każdy sposób na uświadomienie społeczeństwa o sytuacji w Tybecie jest dobry. Przynajmniej widać, że kogoś to obchodzi - dodaje Izabela Gwiazda, działaczka Amnesty International i studentka archeologii z Łodzi.
Podobne manifestacje na rzecz Tybetu odbywają się na całym świecie. Chiny wydają się tym nie przejmować. Wczoraj po raz kolejny oznajmiły, że nikogo w sprawie Tybetu słuchać nie będą, bo to ich wewnętrzna sprawa.
Źródło: Dziennik Metro