Z Adamem Ostolskim, socjologiem z Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Jacek Różalski
Demonstracje na rzecz Tybetu, tysiące podpisów pod petycjami, tybetańskie flagi na ulicach, a w redakcji "Metra" dziesiątki vlepek przysyłanych przez czytelników popierających walkę Tybetańczyków o wolność. Skąd tak duże zaangażowanie młodych Polaków w sprawy Tybetu?
- Sprawa tybetańska stała się symbolem naszego stosunku do praw człowieka. Łatwiej popierać Tybetańczyków niż inne narody walczące o wolność, bo nie oznacza to automatycznie bycia przeciwko narodowi chińskiemu. Można jednocześnie popierać aspiracje narodowe Tybetańczyków i walkę samych Chińczyków o wolność sumienia, demokrację, dostęp do nieocenzurowanego internetu. Tybetańczycy i Chińczycy są w takich samych więzieniach poddawani takim samym torturom.
Szkoda, że politycy nie biorą przykładu z młodych.
- Kwestia tybetańska jest także testem dla polityków i wielkich korporacji - jak daleko mogą posunąć się w przymykaniu oczu na łamanie praw człowieka? Ile są gotowi wybaczyć w imię zysku lub dobrych stosunków handlowych? Młodzi ludzie mają pewną skłonność do idealizmu i do bezkompromisowego stawiania takich dylematów.
Czy tylko młodzi Polacy angażują się w popieranie Tybetu?
- Nie tylko! Na demonstracje przychodzą bardzo różni ludzie. Natomiast młodzi są na co dzień bardziej widoczni, bo chętniej przyjmują rzucające się w oczy formy wyrażania poglądów. Podpisanie apelu w internecie lub wysłanie e-maila pasuje do każdego, bez względu na wiek. Ale przypinanie do ubrania wstążeczek lub znaczków czy noszenie sylikonowych bransoletek to głównie domena młodych. Dla nich polityka to w większym stopniu kwestia stylu życia niż ukształtowanych opinii lub interesów. Noszenie różnych oznak pozwala im rozpoznać własne miejsce w świecie. Dlatego łatwiej przyjmują takie ekspresyjne formy protestu.
Ale nie przekłada się to na zaangażowanie w polską polityką?
- Nie zgodziłbym się, że młodzi nie interesują się polityką. To raczej w polityce nie ma miejsca na to, czym się interesują. Dla młodych ludzi ważne są kwestie tożsamościowe, interesują ich tematy podejmowane przez tzw. nowe ruchy społeczne: prawa człowieka, ekologia, sprzeciw wobec wojny, prawa różnych mniejszości... To są kwestie, na które nie ma wiele miejsca w polskiej polityce.
Czy na poparcie dla Tybetu mają wpływ poglądy polityczne?
- Tybet popierają ludzie o najprzeróżniejszych poglądach. Na demonstracjach pod ambasadą chińską można zobaczyć szerokie spektrum, od centroprawicowych polityków znanych z Sejmu lub Parlamentu Europejskiego po trockistów z Pracowniczej Demokracji. Oczywiście dla różnych ludzi oznacza to różne rzeczy.
Na przykład?
- Niektórzy solidaryzują się z narodowymi aspiracjami Tybetańczyków do niepodległości, sytuacja może im się kojarzyć z walką Polaków o wolność w czasie zaborów. Inni chcą bronić praw człowieka wszędzie, gdzie są one łamane i przyjdą w razie potrzeby pod każdą ambasadę. Są polscy buddyści, są osoby zafascynowane Dalajlamą... Poparcie dla Tybetu może się także wiązać z przywiązaniem do demokracji. Dla osób o nastawieniu antykomunistycznym Chiny to reżim komunistyczny, ale np. dla alterglobalistów protest przeciwko polityce chińskiej oznacza walkę przeciw globalizacji i współudziałowi ponadnarodowych korporacji w łamaniu praw człowieka.
Czy nasze poparcie dla Tybetu można porównać do tego, co się dzieje w Skandynawii? Tam młodzi interesują się sprawami Trzeciego Świata bardziej niż Europą.
- Łamanie praw człowieka w Chinach nie jest tak do końca odległą sprawą. Jakiś czas temu media informowały, że od brytyjskich sportowców żądano podpisywania zobowiązań, że podczas olimpiady nie będą się wypowiadać na tematy polityczne. A przecież Anglia jest kolebką wolności słowa! Widać, że niechęć do narażania się Chinom może prowadzić do ograniczania praw człowieka także w innych częściach świata, również u nas, w Europie.
Jak długo będzie trwała ta fascynacja Tybetem?
- Zainteresowanie Tybetem jest w Polsce trwałym zjawiskiem. To, że w tak krótkim czasie udało się zmobilizować tyle ludzi, to także efekt wieloletniego doświadczenia i ciężkiej pracy osób na co dzień zajmujących się kwestią tybetańską, takich jak Adam Kozieł z Fundacji Helsińskiej lub Piotr Cykowski z Polskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Tybetu. Dziś poparcie Polaków dla Tybetu jest bardziej widoczne, bo ostatnie wydarzenia w Lhassie i nadchodząca olimpiada w Pekinie tworzą kontekst, w którym Tybet może się znaleźć na pierwszych stronach gazet. Ale nawet jeśli ta fala minie, ciche poparcie Polaków dla Tybetu będzie trwało.
Źródło: Dziennik Metro