Od 2004 roku polskie stocznie dostały od państwa ponad 5 mld zł, po to, by w ogóle mogły funkcjonować. Do 15 lipca tego roku Unia Europejska nakazała nam sprywatyzować stocznie Gdynia, Gdańsk i Szczecin. Jednak wcześniej KE zażądała planów restrukturyzacji tych przedsiębiorstw i od tego uzależniała, czy zgodzi się na ich istnienie. Jeśli uznałaby, że polski rząd nie ma pomysłu na to, jak wyprowadzić na prostą nierentowne stocznie, nakaże zwrot ponad 5 mld zł, które te przedsiębiorstwa dostały w ramach pomocy publicznej. To w praktyce oznacza bankructwo stoczni. Wczoraj w tej sprawie protestowało w Szczecinie ponad dwa tysiące stoczniowców. Żądali przyspieszenia przy restrukturyzacji zakładów.
Ministerstwo Skarbu odpowiada, że już w ub. tygodniu przesłało do KE trzy programy restrukturyzacyjne dla stoczni w Gdyni i Szczecinie. Komisja uznała jednak, że ma co do nich "poważne wątpliwości" i dała nam czas do czwartku do północy na poprawki tych planów.
- Ale my chcemy mieć czas do końca września na przygotowanie umów prywatyzacyjnych dotyczących stoczni. Nie można ich zawierać w takim tempie - mówił wczoraj Aleksander Grad.
Rzecznik Komisji Europejskiej ds. konkurencji Jonathan Todd nie skomentował wypowiedzi szefa polskiego resortu skarbu.
- Decyzja jest już prawie przesądzona - powiedział zaś na antenie TVN CNBC Biznes eurodeputowany Dariusz Rosati. - Niestety, decyzja niekorzystna.
Złe wieści mogą dotrzeć do Polski 16 lipca. Jedyną szansą na ich powstrzymanie byłaby osobista interwencja premiera Donalda Tuska u przewodniczącego KE Jose Barrosa - twierdzą anonimowi przedstawiciele KE, do których dotarła PAP. - Barroso to jedyny człowiek, który może w ostatniej chwili powstrzymać komisarz (ds. konkurencji) Neelie Kroes. Nikomu innemu to się nie uda - mówią.
Źródło: Dziennik Metro