>>
Reklama banku jak orędzie prezydentaTę strategię najwyraźniej uznały wszystkie banki. Zgodziły się, że oddział lepiej wygląda niż billboard. Dlatego bankowi wystarczy kilka pokojów, a jego pracownik staje się zwykłym sprzedawcą oferującym lokaty lub pożyczki. Nic więc dziwnego, że zamiast sklepu spożywczego, fryzjera czy kawiarni przestrzeń miejską zajmują banki. Lokują się jeden obok drugiego. Bo tutaj także obowiązuje zasada podobna jak w centrach handlowych, że bank przyciąga bank.
W zeszłym roku takich oddziałów powstało blisko tysiąc, zaś w pierwszej połowie tego roku kolejnych 450 - wynika z raportu Komisji Nadzoru Finansowego. W sumie na terenie kraju banki mają 13,6 tys. placówek. Będzie ich jeszcze więcej, przez najbliższe dwa lata za ponad miliard złotych bankowcy chcą otworzyć półtora tysiąca punktów. W efekcie banki, które stać na wyśrubowane przez właścicieli lokali czynsze, opanowują ulice polskich miast.
W Warszawie na kilkusetmetrowym odcinku ul. Marszałkowskiej, między pl. Konstytucji a Al. Jerozolimskimi, jest ich 18. Niektóre mają po dwa oddziały. Podobnie jest przy pl. Wilsona, który na swoje siedziby wybrało dziewięć banków, wypierają księgarnie i kawiarnie (banki płacą tam nawet 200 tys. zł rocznie). Wysyp nowych oddziałów przeżywają wszystkie duże miasta w Polsce: w aglomeracji śląskiej w ciągu roku ma powstać ich 15, w Trójmieście przynajmniej 10. Tak samo w Krakowie, we Wrocławiu, w Poznaniu, Szczecinie. - Po roku 2000 masowo likwidowano oddziały bankowe. To był czas fascynacji internetem, wieszczono przesunięcie bankowości do internetu.
Tymczasem okazuje się, że najważniejszą rzeczą przy wyborze banku jest wciąż odległość do najbliższego oddziału. Te banki, które wyłożyły pieniądze na reklamę, a równocześnie nie zaczęły budować dużej sieci oddziałów, utopiły pieniądze - tłumaczy Michał Macierzyński z finansowego portalu Bankier.pl. Ale bankowość internetowa jest także w dobrej kondycji: dziś z usług bankowych przez sieć korzysta 7 mln Polaków.
- Jednak zdecydowana większość tych osób robi przez internet przelewy, a nawet gdy mogą zakładać przez internet lokaty, to też pod warunkiem że wcześniej poszli do oddziału banku i założyli rachunek. Zaś w przypadku osób, które biorą kredyt mieszkaniowy i muszą dostarczyć masę dokumentów, trudno sobie wyobrazić, by mogły to wszystko zrobić przez internet -mówi Katarzyna Siwek, kierownik działu analiz w Expanderze, który zajmując się doradztwem finansowym, też początkowo miał ambicje doradzać tylko przez internet. Potem zdecydował się otworzyć oddziały, bo - jak mówi nasz ekspert - okazało się, że gdy chodzi o przyszłość swoich pieniędzy, ludzie potrzebują kontaktu z doradcą twarzą w twarz.
- Już sama obecność bankowego oddziału w ruchliwym miejscu dużego miasta powoduje u klientów poczucie większego bezpieczeństwa i pewności, że specjalista jest pod ręką i doradzi, podpowie. Poza tym oddział bankowy lepiej wygląda niż billboard - kontynuuje Katarzyna Siwek. Dlatego bank nie musi być już dużym, imponującym gmachem, wystarczy, że zajmuje kilka pokojów, a jego pracownik staje się zwykłym sprzedawcą oferującym lokaty lub pożyczki. Klient wchodzi po nie tak jakby robił podstawowe zakupy. Niestety, przyrost oddziałów wcale nie sprawia, że tanieją opłaty za przelewy, kredyty czy prowadzenie rachunków. Kilka dni temu PKO BP podniosło opłaty za przelewy dokonywane "w okienku" z 1,5 do 4 zł. Inne banki postępują podobnie.
- Instytucje finansowe myślą przecież w kategorii zysków, otwieranie nowych oddziałów musi im się zwrócić. Potrzebne są pieniądze na dodatkowych pracowników, czynsze, remont lokalu. Więc jeśli nawet jakieś opłaty zlikwiduje, to chce zarobić na innych - tłumaczy Siwek.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl