Czego szkoły nie ucząMaciej M. Dąbrowski, "czytelnik Metra" Jestem absolwentem Akademii Ekonomicznej w Krakowie (sprzed czterech lat) ze specjalizacją w zarządzaniu zasobami ludzkimi (ZZL). Studia wspominam bardzo ciepło ze względów społecznych. Poznałem ciekawych ludzi, do dziś utrzymuję z nimi kontakt. Przy piwku, i teraz już z uśmiechem, komentujemy bzdury i nonsensy, którymi raczyła nas nasza Akademia. Konsultowałem z nimi treść tej recenzji. Mieli kilka uwag. Głównie, że byłem zbyt łagodny.
Byłoby niewielką przesadą napisać, że przez pięć lat studia nie nauczyły mnie niczego. Bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że nie nauczyły mnie niczego praktycznego. Niczego, co ułatwiłoby start w życiu zawodowym. Olbrzymia góra formułek, wypunktowań, teorii, z którymi nie wiadomo co zrobić, jak je wdrożyć, jak zastosować w realiach.
Czytając powyższe deklaracje, można pomyśleć, że ten, kto to pisał, to cham, ćwok, nieuk, swołocz i woda na młyn odwetowców. I pewnie sam bym tak twierdził, gdybym tego nie doświadczył.
PrzeteoretyzowanieWiedza wpajana nam przez kadrę naukową ograniczała się w dużej mierze do dyktowania regułek, wypunktowań itd. Powiązanie ich z praktyką nie istniało zarówno w trakcie wykładów czy ćwiczeń, jak i egzaminów.
Przedmiot proces zarządzania - obowiązującym podręcznikiem są "Podstawy zarządzania firmą". Książka dość charakterystyczna, bo na średnio co trzeciej stronie podane są różnorakie definicje, ich wariacje i wariacje tychże. Zarządzanie według tego, zarządzanie według tamtego, biznesplan na potrzeby banku, klientów, inwestorów, 14 zasad TQM według jednego, 8 zasad TQM według innego. I tak sto razy.
Było to traktowane jako niezbędna, elementarna wiedza i takoż egzekwowane na egzaminie. Nieświadomi celowości, kuliśmy setki durnych regułek, gdzie brzmienie każdego z punktów i podpunktów tychże punktów musi być zachowane w oryginale. Wziąwszy pod uwagę, że w każdej sesji jest kilka takich przedmiotów, nasza frustracja była zrozumiała.
Myślę, że student powinien wiedzieć, co to jest biznesplan, w jakim celu się go układa, co powinien zawierać, dla kogo i w jakich odmianach może być przygotowany. Rycie na pamięć, że podpunkt siódmy trzeciego punktu brzmi tak, a nie inaczej, jest kretynizmem w naturalnej postaci. Przed egzaminem te punkty wykułem na blachę, teraz nie pamiętam z nich nic, natomiast znalezienie tego w źródłach zabierze mi nie więcej jak 5 min.
Bezsens istnieniaEkonomia matematyczna. Na ćwiczeniach badaliśmy półciągłość funkcji z dołu, potem z góry. Po kolejnym rozwiązanym zadaniu, gdy wiedzieliśmy już, że dana funkcja nie jest półciągła z góry, zaś jest półciągła z dołu, zadałem, dość istotne moim zdaniem, pytanie: co z tego? Co to oznacza i jakie są praktyczne możliwości zastosowania tej wiedzy? Odpowiedź mnie zaskoczyła: wyniku nie będziemy analizować, gdyż jest to zbyt trudne.
SpecjalizacjaWybrałem ZZL i chciałem jak najwięcej się o tym dowiedzieć. Myślałem, że po pięciu semestrach ogólnej ekonomii skupimy się na zdobywaniu fachowej wiedzy. Nic bardziej mylnego.
Przez cztery semestry specjalizowania się miałem bodaj osiem przedmiotów kierunkowych. Resztę stanowiła zbudowana wg niejasnych dla mnie kryteriów mieszanina przedmiotów, nierzadko się dublujących, z różnych dziedzin ekonomii nie wprowadzająca nic poza jeszcze większym zamieszaniem.
W jakim celu, gdy specjalizuję się w ZZL, tłuką mi do głowy zasady analizy finansowej, zdradzają arkana zarządzania produkcją, wprowadzają w tajniki księgowości? Czy w procesie rekrutacji jestem w stanie wykorzystać techniki squeeze czy push? Czy mam zastosować miernik BEP do oceny pracowniczej? A może system szkoleń przedstawić w słupkach na kontach analitycznych? Oto odpowiedź jednego profesora: chodzi o to, żeby student zdobył jak największą ogólną wiedzę.
A chyba nie tędy droga. Nie da się wiedzieć wszystkiego o wszystkim. Ja chciałem się dowiedzieć wszystkiego o czymś.
Ten sam profesor rzekł, że studia to nie tylko uczelnia, ale również praca samodzielna. Owszem. Gdyby nie praca samodzielna, dokształcanie się z własnej inicjatywy, z moją wiedzą i umiejętnościami byłoby dużo gorzej. Tylko, wychodząc z takiego założenia, po co studia? Uczę się samemu pięć lat i dostaję dyplom.
Aż chciało się wyjśćWiększość wykładowców ograniczała się głównie do czytania na wykładzie swojej książki. Głosem nudnym, monotonnym, pustym i beznamiętnym. Pełno dygresji, niezwiązanych z tematem dywagacji, chaos, brak logicznego toku wywodu. Aż nie wiadomo było, co to za przedmiot. Aż chciało się wyjść.