Maluchy eksperymentują w przedszkoluBudynek MEN, aleja Szucha w Warszawie. Przed bramą kilkudziesięciu rodziców z dziećmi, wózkami, pluszakami. Choć temat bardzo poważny, atmosfera przyjazna i rodzinna. - Dzieci też protestują, w końcu to przede wszystkim ich dotyczy - mówi jedna z matek. Akcję zorganizował ruch Ratuj Maluchy kierowany przez Tomasza i Karolinę Elbanowskich. Rodzice skrzyknęli się przez stronę www.ratujmaluchy.pl. Podczas pikiety protestujący odczytali swe żądania. Każdy mógł też napisać coś od siebie na specjalnej tablicy, którą później przekazano urzędnikom resortu kierowanego przez Katarzynę Hall. - Nasze dzieci to nie zabawki - pisali więc rodzice. - Czemu ma służyć taki pośpiech? - pytali. - Dziękujemy za takie eksperymenty.
Tablicę dodatkowo dzieci ozdobiły rysunkami. Maskotkami, które miały maluchy, organizatorzy posłużyli się zaś w prezentacji, która pokazywała, na czym polega reforma edukacji przygotowana przez MEN - wszystkie próbowano wepchnąć do bardzo małego domku, który w końcu się rozpadł.
Atrakcją pikiety było też czytanie bajek urzędnikom. Wybrano je starannie, bo miały być satyrą na urzędniczą nieudolność. Były więc "Trzy świnki", "Stoliczku, nakryj się", "Pinokio" oraz bajka "O rybaku i złotej rybce". Organizatorzy rozdawali też ulotki oraz naklejki. Próbowali z nimi rywalizować przedstawiciele MEN, rozdając informacje o reformie, ale ich publikacje nie cieszyły się tak wielką popularnością. Wesoła pikieta odwiedziła też kancelarię premiera, gdzie również odczytano postulaty rodziców. Na koniec protestujący poszli na wspólny spacer po Łazienkach Królewskich.
Czego boją się rodzice? Poniżej publikujemy pytania, które rodzice stawiają minister edukacji Katarzynie Hall. "Metro" przekaże je posłom sejmowej komisji edukacji, nauki i młodzieży, która zbierze się dziś, by wysłuchać informacji ministra edukacji narodowej na temat wprowadzenia obowiązku szkolnego dla sześciolatków oraz przygotowania szkół do tego przedsięwzięcia. Odpowiedzi opublikujemy w kolejnym "Metrze".
Czy polskie szkoły są przygotowane na przyjęcie tak małych dzieci? Zdaniem rodziców ich pociechy trafią z przedszkoli do przechowalni. Przeciętna polska szkoła to miejsce, gdzie maluchy uczą się w przepełnionych klasach, nauczyciele nie radzą sobie z agresją starszych wobec młodszych dzieci, są sfrustrowani niskimi pensjami i często odchodzą z zawodu. Brakuje pieniędzy na podstawowe rzeczy, jak choćby papier toaletowy czy mydło. Najmłodsze dzieci po kilku godzinach lekcji, gdy nie mają z kim zostać w domu, muszą iść do przechowalni, czyli pękającej w szwach świetlicy.
Czy małe dzieci będą miały przystosowane do ich wzrostu toalety i umywalki? A ławki? Czy szatnie będą wystarczająco bezpieczne, by sześciolatki nie zostały zadeptane przed starsze dzieci? Jak będzie wyglądało wyżywienie najmłodszych? MEN zapewniało, że warunki sześciolatków w szkołach będą identyczne z tymi, jakie miały w przedszkolu. A przedszkole to trzy posiłki dziennie, w tym ciepły napój rano i często po obiedzie, brak kolejki po posiłek, specjalna dieta dla dzieci z alergią pokarmową. Ale szkoła to jeden obiad w stołówce, śniadanie, które trzeba przynieść ze sobą z domu, i zimne napoje. Minister Katarzyna Hall deklaruje, że w ciągu trzech lat wszystkie szkoły będą przygotowane na przyjęcie maluchów. Ale jak dotąd nie powstał żaden plan, jak to zrobić. Mało tego, na ten cel przeznaczono zaledwie 150 mln złotych, co przy podziale na 14 tys. szkół daje po 11 tys. złotych na placówkę. A to oznacza, że pierwsze roczniki sześciolatków, które mają pójść do szkoły już we wrześniu przyszłego roku, trafią do szkół nieprzystosowanych do ich potrzeb, czyli niebezpiecznych.
Czy i komu potrzebne jest fundowanie sześciolatkowi potwornego szoku, jakim jest przejście z dobrze znanego mu przedszkola do głośnej i obcej szkoły? Rodzice obawiają się, że szkolna rzeczywistość, tak różna od tej przedszkolnej, przerazi dzieci. Przedszkole to przecież sale z zabawkami i pomocami dydaktycznymi, książki, których nie trzeba nosić ze sobą, a można zostawić w sali, oraz siedzenie w kółko na dywanie, a nie sztywno w ławkach. W przedszkolu dzieci uczą się przez zabawę przede wszystkim rano - wtedy, kiedy umysł dziecka jest najbardziej chłonny. Jak pogodzić to z nauką w szkole na zmiany, kiedy ta popołudniowa zaczyna się o 13.
Dlaczego rodzicom nie dano wyboru - wysłać sześciolatka do szkoły czy do przedszkola? Rodzice w pierwszych trzech latach mieli sami decydować, czy chcą posłać sześciolatka do szkoły. Teoretycznie. Samorządy, np. na warszawskim Mokotowie, już teraz likwidują zerówki przedszkolne i przenoszą je do szkół. Reforma nasili ten proces. W takiej sytuacji wybór staje się fikcją.
Dlaczego akurat na dzieciach z rocznika 2003 ma być przeprowadzony ten eksperyment? MEN twierdzi, że to rocznik najlepszy, bowiem przyszło w nim na świat najmniej dzieci, najłatwiej będzie więc "testować" nowy model szkolnictwa. Rodzice tego argumentu nie przyjmują do wiadomości - różnica między liczbą urodzin w roku 2003 (351 072) a późniejszymi rocznikami jest mniejsza niż 4 proc. Reformę można więc lepiej przygotować i bez problemu odłożyć ją w czasie.
Jak MEN chce zapewnić miejsca w przedszkolach wszystkim pięciolatkom, które mają rozpocząć obowiązkową edukację przedszkolną w 2010 roku? Według rodziców jest to niemożliwe. W ponad 800 gminach w Polsce nie ma ani jednego przedszkola.
Dlaczego MEN nie chce rozmawiać z rodzicami? W kwietniu pani minister Hall zapowiadała, że w ciągu miesiąca każdy nauczyciel będzie mógł zabrać głos w dyskusji nad projektem reformy szkolnictwa i każdy ten głos zostanie potraktowany poważnie. Natomiast we wrześniu rzeczniczka resortu Barbara Milewska stwierdziła w wypowiedzi dla "Gazety Wyborczej", że "trudno, żeby minister rozmawiała z każdym rodzicem, któremu reforma się nie podoba". Czy pani minister zamierza wziąć pod uwagę głosy 23 tysięcy rodziców, którzy podpisali się pod protestem w ramach akcji "Ratujmy maluchy" przeciwko posyłaniu sześciolatków do szkół?
Napisz, co o tym myślisz: metro@agora.pl