PO boi się rodzicówBomba wybuchła po upublicznieniu raportu o sześciolatkach w stolicy. Wynika z niego, że stołeczne podstawówki są kompletnie nieprzygotowane na przyjęcie sześciolatków: połowa nie ma świetlic, w dwóch trzecich brakuje sal, a jeśli rząd wprowadzi reformę, tak jak planuje, czyli za rok, połowa szkół w stolicy będzie prowadzić lekcje na dwie zmiany.
Co z tego wynika? - W Warszawie trzeba wykonać jeszcze mnóstwo pracy, by przygotować szkoły na przyjęcie sześciolatków. Realnie patrząc, to jest nie do zrealizowania w ciągu roku czy nawet trzyletniego okresu przejściowego, jaki proponuje ministerstwo - tłumaczy prof. Elżbieta Putkiewicz, jedna z trzech ekspertów - wykładowców pedagogiki z Uniwersytetu Warszawskiego - którzy przygotowali raport na zlecenie stołecznego biura edukacji (ukazał się we wczorajszej "Gazecie Wyborczej"). Tłumaczy, że jeśli podobnie jest w innych miastach, to Ministerstwo Edukacji powinno jeszcze raz na spokojnie przemyśleć cały pomysł.
Ponieważ żadne z największych polskich miast nie zleciło podobnych badań jak stolica, przeprowadziliśmy własną sondę. Oto jej wyniki:
ŁódźDorota Szafran, wicedyrektor wydziału edukacji
- Sama idea jest szczytna, popieramy ją, ale jeśli wszystko ma być w terminach, których chce ministerstwo, to zostało mało czasu. Brakuje szybkich subwencji. Żeby przyjąć maluchy do szkół, musimy już zacząć doszkalać nauczycieli, stworzyć świetlice dla dzieci. Czas nagli.
ToruńAnna Kłobukowska, dyrektor miejskiego wydziału edukacji
- Wszystko da się zrobić, ale nie w tak krótkim czasie. Tak naprawdę nie wiemy, na czym stoimy, bo nie wiemy, ile miejsc mamy szykować w szkołach dla sześciolatków w trzyletnim okresie przejściowym, bo nie wiadomo, ilu rodziców pośle dzieci wcześniej do szkoły. Jeśli zdecydowałaby się na to większość, to w blisko połowie szkół dzieci będą musiały uczyć się na dwie zmiany. Jeśli coś wyjdzie nie tak, to rodzice będą mieli pretensje do nas, bo jesteśmy najbliżej.
WrocławBeata Domosławska z działu wychowania przedszkolnego i podstawowego
- Nie da się od razu odpowiednio wyszkolić nauczycieli, dostosować sal w szkołach, dokupić odpowiedniego sprzętu włącznie z ławeczkami i krzesełkami, zorganizować dodatkowej opieki w świetlicach i zbudować placów zabaw przy szkołach. Nie można tego wszystkiego zrobić na pstryk. Do tego potrzeba czasu.
KatowiceMieczysław Żyrek, naczelnik wydziału edukacji
- Na pewno część dzieci będzie musiała uczyć się w trybie zmianowym.
Poznań(jedno z najlepiej przygotowanych do reformy polskich miast)
Hanna Janowicz, inspektor w wydziale oświaty
- Koszt dostosowania jednej klasy do wymogów sześciolatków to ok. 35 tys. zł. Zarezerwowaliśmy potrzebne pieniądze, ale i tak nie obędzie się bez problemów. Na pewno znajdą się szkoły, w których trzeba będzie uczyć na dwie zmiany. Są u nas podstawówki, gdzie już teraz nie ma wolnego miejsca na stworzenie dodatkowych pomieszczeń. I nie chodzi tu o koszty, ale zwykłą fizyczną niemożność rozbudowy, co wymagałoby dodatkowego czasu
Czas to właśnie to, czego oczekują miasta od rządu. Twierdzą, że przesunięcie reformy o rok pozwoliłoby zdążyć z przygotowaniami.
Rodzice są bardziej stanowczy: - Nie można najpierw ustalać termin wprowadzenia reformy w życie, a potem naprędce nad nią pracować. Jedyną możliwością jest przesunięcie reformy o kilka lat - tłumaczy Karolina Elbanowska, organizatorka portalu Ratujmaluchy.pl.
Tymczasem wiceminister edukacji Krystyn Szumilas mówi jedynie pieniądzach. Chce, by rząd przeznaczył w przyszłorocznym budżecie 350 mln zł na dostosowanie szkół dla sześciolatków. O przesunięciu reformy nie dyskutuje.
---
Czekamy na Wasze listy: metro@agora.pl