New Deal po polsku rozpędzi gospodarkę Dziś, aby załatwić nawet najdrobniejszą sprawę, trzeba wybrać się tam, gdzie jesteśmy zameldowani. Tymczasem Polacy są coraz bardziej mobilni, studiują i pracują kilkaset kilometrów od rodzinnych miejscowości i jazda po byle urzędowy świstek zajmuje im mnóstwo czasu.
Jak dowiaduje się "Metro", komisja "Przyjazne państwo" chce z tym zrobić porządek . - Niemal wszystkie sprawy będzie można załatwić w urzędzie, do którego mamy najbliżej - zapewnia Mirosław Sekuła z PO, szef komisji. - Istnieją przecież systemy internetowe i urzędnicy będą mogli szybko przekazać sobie informacje - podkreśla.
Przyznaje, że zmian domagali się umęczeni odsyłaniem od urzędu do urzędu ludzie. Po prostu zareagowaliśmy na ich postulaty - mówi.
Jeśli wierzyć posłom Platformy, Sejm zajmie się projektem ustawy jeszcze w lutym, zmiany mogą wejść w życie w 2010 roku.
Z pewnością ucieszyłyby małżeństwo Piotra i Beaty Kratiuków. Mieszkają z dzieckiem w Krakowie, ale on jest zameldowany w Lublinie, ona w Rzeszowie. - Ostatnio musiałem wymienić dowód osobisty. Gdybym mógł załatwić to w Krakowie, nie straciłbym tyle czasu, bo aż dwa razy zwalniałem się z pracy i jechałem do Lublina: raz aby złożyć wniosek, drugi - aby odebrać dowód - opowiada pan Piotr. Zgodnie z propozycją komisji wniosek mógłby złożyć w Krakowie, a resztę załatwiliby urzędnicy.
System, jaki chce wprowadzić "Przyjazne państwo", już od wielu lat z powodzeniem działa w wielu krajach UE. W Norwegii niemal dowolną sprawę można załatwić, wchodząc na stronę internetową wybranego urzędu. W ten sam sposób można założyć firmę.
Czy polska administracja poradzi sobie z takimi nowymi zadaniami? Samorządowcy, których zmiany te będą dotyczyć, mają wątpliwości. Aleksander Sosna, wiceprezydent Białegostoku, boi się trudności technicznych.
- Co prawda urzędy się informatyzują i większość dokumentów jest już w wersji elektronicznej, ale to nadal za mało. Musi najpierw poprawić się łączność między urzędami - podkreśla wice?prezydent. Podobnego zdania jest Robert Kroplewski, ekspert od nowych technologii z Instytutu Sobieskiego: - To oznacza duże przeorganizowanie administracji, na to potrzeba kilku lat - uważa. Co gorsza, nikt nie oszacował, ile to miałoby kosztować. Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego ma jeszcze jedną wątpliwość: - Oczywiście mogą zawieść urzędnicy, którzy mogą nie chcieć dostosować się do zmian. Ale trzeba spróbować - twierdzi.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz: metro@agora.pl