Tybet po olimpiadzie: przykręcanie śruby Z Adamem Koziełem, ekspertem ds. Chin i Tybetu z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, rozmawia Katarzyna Kęsicka
Doniesienia z Tybetu są niepokojące: Chiny skierowały tam wojsko i zamknęły region dla cudzoziemców. Dlaczego? Zaczęło się od apeli anonimowych blogerów z Tybetu, by nie świętować przypadającego dziś Nowego Roku i uczynić 25 lutego Dniem Żałoby. Przecież zbliża się pierwsza rocznica krwawo stłumionych wielkich protestów niepodległościowych w Lhasie, które wybuchły 14 marca. Zginęło w nich 220 Tybetańczyków, były tysiące rannych, do więzień trafiło 10 tys. osób. Chińskie władze w odpowiedzi ogłosiły Nowy Rok świętem państwowym, po raz pierwszy w historii Tybetu. Mieszkańcy dostali tydzień wolnego. Ludziom rozdawane są bony na zakupy i fajerwerki. Chiny chcą zmusić Tybetańczyków do świętowania pod bagnetami: ściągnięto masy wojska, przechodniów kontrolują uzbrojone patrole, na dachach budynków pojawili się snajperzy. Tybet odcina się od świata - właśnie przestał działać internet i telefony komórkowe.
Czego Chiny się boją? - Zamieszek, podobnych do zeszłorocznych. Bo z kolei 10 marca przypada 50. rocznica powstania tybetańskiego przeciwko chińskiej okupacji. W walkach z Chińską Armią Ludowo-Wyzwoleńczą zginęło wtedy 86 tys. Tybetańczyków, kolejne dziesiątki tysięcy zabito w publicznych egzekucjach, spacyfikowano klasztory, a Dalajlama musiał uciekać. To najbardziej newralgiczna data w historii Tybetu. A władze Chin zachowują się tak, jakby dążyły do konfrontacji. Kilka dni temu zmieniły statut reżimowego Ogólnochińskiego Stowarzyszenia Buddyjskiego, któremu podlegają tybetańskie klasztory. Zakazano mnichom "udziału w działaniach podważających socjalistyczną stabilność społeczną", a Dalajlamę - największy autorytet duchowy i religijny dla Tybetańczyków - nazwano "watażką separatystycznego ruchu antychińskiego" i "największą przeszkodą w rozwoju buddyzmu".
Po ubiegłorocznych zamieszkach Chiny dosłownie spacyfikowały Tybet, wprowadzając w regionie nieformalny stan wojenny. Czy teraz Tybetańczycy odważą się wyjść na ulice, zaprotestować? - Nie wiemy dokładnie, co tam się dzieje. Dostajemy tylko szczątkowe informacje, bo mało który Tybetańczyk ma odwagę rozmawiać dłużej przez telefon z zagranicą. Ale słyszymy, że napięcie jest tak wielkie, iż nawet drobne incydenty kończą się rozruchami i zbrojną interwencją. 15 lutego w okręgu Lit Hang na ulicę wyszedł jeden mnich z portretem Dalajlamy. Aresztowano go, ale następnego dnia milicja musiała rozpędzać dziesiątki, a później setki ludzi. 19 lutego w okręgu Nagczu doszło do scysji między tybetańskim kierowcą busa a chińskim taksówkarzem o pasażera. Interwencja chińskiej drogówki skończyła się starciami z tłumem Tybetańczyków, którzy zaczęli podpalać sklepy. Wezwano uzbrojone oddziały, wiemy, że padły strzały. Tybet to beczka prochu. A władze chińskie przez ostatni rok nie zrobiły nic, by uspokoić sytuację. Wprost przeciwnie: eskalują siłę i przemoc.
Losar odwołany Zgodnie z tradycją Tybetańczycy nie świętują Losaru, czyli Nowego Roku, jeśli w poprzednim roku zmarł ktoś z rodziny. Tybetańczycy mieszkający w Polsce w geście solidarności z tybetańskim ruchem oporu odwołują zaplanowane na dziś (25.02) uroczyste obchody Losaru - czytamy na stronie
www.ratujtybet.org. Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl