Z prof. Januszem Czapińskim, psychologiem społecznym z UW, rozmawia Michał Stangret
- Dlaczego poziom wzajemnego zaufania i umiejętność współdziałania Polaków są takie ważne dla rozwoju kraju? Prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny z UW: - Tym, co od 20 lat napędzało rozwój Polski, były inwestycje w kapitał ludzki, któreśmy poczynili. Tłumy szły na studia, zaczęliśmy się dokształcać. W efekcie powstawała coraz liczniejsza rzesza świetnie wykształconej siły roboczej. Bogaciła się, a wraz z nią Polska. Ale w pewnym momencie inwestowanie w kapitał ludzki przestaje dawać współmierne efekty. Dalszy wzrost liczby magistrów i jeszcze lepiej wykształceni fachowcy, przestają być wystarczającym paliwem do szybkiego wzrostu. Zamiast tego, co każdy z nas potrafi sam, ważniejsze staje się to, jak my te nasze indywidualne zdolności potrafimy połączyć współpracując ze sobą. Chodzi o kapitał społeczny, którego istotą są więzi międzyludzkie oparte na zaufaniu. Istnieje realna groźba, że bez niego napotkamy na ścianę i przestaniemy się rozwijać.
Dziś mamy jeden kryzys, a jutro czeka nas kolejny? - Obecny kryzys minie, a to o czym ja mówię jest dużo bardziej niebezpieczne. Dotyczy naszych postaw, zachowań, mentalności, które są utrwalane latami. Nie potrafimy innym zaufać, bo już w piaskownicy mama każe nam chować foremki przed dziećmi, bo mogą zabrać. Od małego tworzymy mur między naszą rodziną a resztą społeczeństwa, a szkoła zamiast współpracy z ludźmi uczy nas indywidualizmu i rywalizacji. W efekcie w innych widzimy bardziej wrogów niż potencjalnych partnerów, z którymi można by się skrzyknąć i zrobić coś dla dobra wspólnego. A gdy ludzie sobie nie ufają, czują się okradani i wykorzystywani. Nic dziwnego, że wolontariat kuleje. Działając w ten sposób jeszcze długo nie zbudujemy autostrad ani trzeciej linii metra.
Mamy się skrzyknąć i zbudować autostradę? - Wystarczy, byśmy potrafili się skrzyknąć, gdy ktoś to utrudnia. Dziś spośród 100 osób, od których zależy wybudowanie autostrady, inwestycję zablokować może jeden właściciel, który nie zgadza się np. sprzedać gruntu, bo nie wierzy, że cena, którą mu zaoferowano, jest sprawiedliwa. Tragedia Polski polega jednak nie na pojedynczych warchołach, którzy stają okoniem, ale na całej rzeszy osób, które widząc jak skutecznie warchołom udaje się prowadzić "negocjacje", dołączają z własnymi pretensjami i każdy zaczyna ciągnąć w swoją stronę. W efekcie autostrady nie ma.
Jakie jeszcze skutki dla gospodarki ma deficyt kapitału społecznego? - Brak zaufania winduje koszty robienia interesów, bo obie strony zamiast szybko dobić targu, próbują na sto sposobów zabezpieczyć się przed ewentualnym szwindlem. Zatrudniają prawników, sporządzają kolejne aneksy do umów, węszą. Wiele interesów w ogóle nie dochodzi do skutku.
Większość aktów prawnych w Polsce też nie jest konstruowana, tak by coś przyspieszały i ułatwiały procedury, tylko żeby zabezpieczały na wszelkie sposoby przed ewentualnymi oszustami, którzy chcieliby ominąć prawo. Nie uważam, że ostrożność jest czymś złym, ale w Polsce urasta ona do rozmiarów paranoi i wykorzystuje się przy tym niewspółmiernie dużo środków.
Może to państwo skutecznie zniechęca nas do ufności, angażowania się? Chcąc coś zrobić dla drugiego człowieka często napotykamy na ścianę - świadkowie przestępstw tygodniami są ciągani po sądach, ludziom, którzy wzywają pomoc dla leżącego na chodniku człowieka, grozi się obciążeniem kosztami przyjazdu karetki. - A kto pracuje w tych instytucjach? Zwykli ludzie, którzy są podszyci nieufnością. Urzędnicy myślą, że petent chce ich naciąć, a petent, że to urzędnik chce zrobić na przekór. Gdy daje mu do wypełnienia dziesięć formularzy, to dlatego, że go nie lubi. Polska ma dziś jeden z najniższych kapitałów społecznych na świecie. Przez 20 lat nie posunęliśmy się ani trochę.
Trzeba skłonić Polaków, by odwrócili się twarzami do siebie.
Tylko jak to zrobić? - Przez szkołę. W przedszkolach organizuje się zajęcia w grupach, ale już szkoły - oprócz WF-u - wpychają młodych ludzi w patologiczny indywidualizm. Zadania zlecane są pojedynczym uczniom, każdy pracuje sam. A dlaczego nie można zlecać np. pisania wypracowań kilku uczniom wspólnie? Dlaczego nie można zlecać zadań zespołom? Tak od dawna robi się w szkołach zachodnich. Trzeba tylko w końcu dostrzec ten problem.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl