>>
Oszczędzaj na zwierzakach Z badań niemieckiej fundacji "Foundation for Future Studies" wynika, że aż 56 proc. Polaków jest rozczarowanych polityką. Na tle Europy wcale się pod tym względem nie wyróżniamy - zniechęcenie do niej deklaruje 57 proc. Europejczyków. Tak jak oni uważamy też, że politycy nie spełniają obietnic wyborczych (narzeka na to dwie trzecie badanych). Czy wierzymy, że nasze głosy oddane w wyborach mogą cokolwiek zmienić? Nie - odpowiedziało 49 proc. Europejczyków. To dużo, ale prawdziwy rekord pobili Polacy. W sens głosowania wątpi aż 68 proc. z nas! Wypadliśmy najgorzej w całej Europie. Dlaczego?
Bo u nas frustracja polityką zamiast pchać do urn, paraliżuje... Jarosław Bełdowski, prezes zarządu Forum Obywatelskiego RozwojuRosnące zniechęcenie polityką obserwowane w Europie i w Polsce jest zjawiskiem bezsprzecznym. Ale ta frustracja może powodować różne reakcje społeczne: aktywizować obywateli, którzy ruszają do urn, lub ich paraliżować tak, że zamiast iść na wybory i coś zmienić, zostają w domach. U nas niestety skutkuje raczej zwiększoną apatią, biernością. Nasz sprzeciw wyrażamy, narzekając na polityków w domu, w rozmowach ze znajomymi. Nie nauczyliśmy się jeszcze podstawowej zasady w demokracji: naszym najważniejszym orężem jest głos wyborczy. Być może wynika to po części z fałszywego pojmowania wolności - dla nas wolnością jest raczej możliwość nieuczestniczenia w wyborach niż zagłosowanie. Oczywiście, w każdej demokracji jest tak, że większość obywateli na co dzień nie interesuje się polityką. Zwykle jest jednak spora grupa aktywnych obywateli, która pilnuje po wyborach polityków, na których zagłosowała. U nas nie udało się jak dotąd wykształcić takiego nawyku. Mimo że polityk nas zawiódł, nie rozliczamy go w następnych wyborach. W efekcie nieskuteczni politycy wciąż utrzymują się na scenie politycznej, zmieniając jedynie barwy.
Bo jesteśmy kibicami meczu, którego nie rozumiemy... Prof. Hanna Świda-Zięba, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego
Choć zarówno Polacy, jak i reszta Europejczyków dostrzegają, że politycy nie dotrzymują obietnic wyborczych, to jednak u nas ma to dużo bardziej destrukcyjne działanie na postawy obywatelskie. Dlaczego? Bo nasi politycy w ogóle nie tłumaczą obywatelom swych decyzji. Na Zachodzie gdy polityk podejmuje jakiekolwiek kroki - a już w szczególności takie, które byłyby sprzeczne z jego obietnicami wyborczymi - do znudzenia stara się tłumaczyć swoje powody. Tam naprawdę poświęca się na to bardzo dużo czasu. U nas komunikacja na linii polityk - obywatel po wyborach zanika. Obserwujemy jedynie jałowe próby nawiązywania wzajemnej komunikacji między politykami. My stajemy się kibicami meczu, którego nie rozumiemy. Wyczekujemy decyzji politycznych jak pogody: nie wiemy, czy będzie słońce, czy deszcz. I jesteśmy sfrustrowani podwójnie - nie tylko niedotrzymywaniem obietnic, lecz także brakiem wyjaśnienia, dlaczego tak się dzieje. I dwa razy bardziej tracimy wiarę w to, że nasza siła jako wyborcy jest cokolwiek warta.
Bo nasze szkoły nie uczą, że mamy prawo decydować o swoich sprawach Anna Samel, koordynatorka akcji "Młodzi głosują" z Centrum Edukacji Obywatelskiej
Na Zachodzie od pierwszych lat szkoły uczy się zasady: jeśli coś ci się nie podoba, chcesz coś zmienić, po pierwsze idź na wybory i głosuj. U nas takiej edukacji brakuje. Przykładem dla młodych nie są także rodzice - wychowani w PRL-u przywykli do tego, że ich głos nie miał znaczenia. Tymczasem z badań wynika, że wystarczy, że młody człowiek trzy razy pójdzie na wybory, by wykształcił w sobie poczucie obywatelskiego obowiązku. Stąd tak ważne są akcje popularyzujące uczestnictwo w wyborach, np. organizowanie w gimnazjach, liceach prawyborów, by nawet te młode osoby, które nie mogą jeszcze głosować w realnych wyborach, zaczęły przyzwyczajać się do samego aktu oddawania głosu.
Dlaczego nie wierzymy w siłę naszego głosu? To wina polityków, czy to nam jest wszystko jedno? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl