>>
Najlepsi ratownicy świata Rzeczywistość polskich porodówek najlepiej pokazuje dramatyczny list czytelniczki z Warszawy. Justyna trzy miesiące temu z regularnymi skurczami pojechała w nocy do szpitala na Solcu.
Pielęgniarka spała owinięta kocem Zaspana pielęgniarka dyżurująca powiedziała mi, że z takimi skurczami to się drzemie w domu i nie zawraca głowy. Nawet przez chwilę poczułam się winna. Ale porodu nie można zatrzymać, a skurcze się nasilały. Poprosiłam o zastrzyk przeciwbólowy. Położna zapytała mnie, czy nie oglądam filmów? - Przecież rodzi się w bólach - dodała. Czułam się bezradna i zagubiona. Bałam się już pytać o cokolwiek. Kiedy byłam podłączona do urządzenia monitorującego tętno dziecka, skończył się papier, na którym pojawiał się zapis. Pięć minut przywoływania pielęgniarki przyciskiem przy łóżku nic nie dało. W bólach poszłam do dyżurki - tam położna otulona kocem spała. Lekarz dyżurujący też mało się mną interesował. Nikt mnie nie zapytał, jak się czuję.
Decyzję o kolejnym cesarskim cięciu (poprzednie miałam cztery lata temu, gdy rodziłam pierwsze dziecko) podjęto w ostatniej chwili, bez żadnych wyjaśnień. Życie maluszka i swoje zawdzięczam Bogu, bo nikt nie monitorował blizny po poprzednim porodzie. Pękła nie tylko ona, ale też macica, odkleiło się łożysko i dostałam krwotoku. Gdybym na początku posłuchała położnej i pojechała do domu, już by mnie nie było.
Być może kiedyś chciałabym mieć kolejne dziecko, ale po tym, co mnie spotkało, nie zdecyduję się. Nie chcę ryzykować zdrowiem i życiem. Zostałam odarta z godności i poczucia bycia kimś wyjątkowym, kobietą noszącą kolejne życie. Szkoda, że akcja "Rodzić po ludzku" nie dotyczy tak wielu lekarzy i położnych.
Justyna z Warszawy, mama czteroletniego Olka i trzymiesięcznego Julka
Szpital: to naganne, wyjaśnimy sprawę Nie wiedziałem o tej sytuacji, ale jeśli miała miejsce, to jest to absolutnie naganne. Jak tylko czytelniczka zgłosi się, sprawę wyjaśnię i wyciągnę konsekwencje - zapowiada dr Jacek Bierca, dyrektor ds. medycznych szpitala na Solcu. - Oczywiście żadnego usprawiedliwienia nie ma. Winni są ludzie, brak pieniędzy i obowiązujące przepisy - dodaje.
W ubiegłym roku szpital na Solcu był o krok od zamknięcia oddziału położniczego. Z pracy odeszło wtedy 90 proc. lekarzy (domagali się wyższych zarobków). - Część z nich wróciła, niektórzy pracują na umowy kontraktowe - opowiada dr Bierca. Dziś lecznica ma 40 mln długów, naciskają wierzyciele, są problemy z czasowym wypłacaniem pensji. Pracownicy są przemęczeni. - Lekarze pracują za długo, choć prawo teoretycznie na to nie pozwala. Ale jak ja bym chciał trzymać się ściśle limitów godzin, to w połowie miesiąca musiałbym zamykać oddziały. Przepisy się więc omija. Na przykład lekarz pracuje do godz. 15 w jednym szpitalu, później przyjeżdża na Solec na dyżur - opowiada dyrektor szpitala.
Becikowe wydasz na ginekologa Sytuację kobiet może poprawić Karta Praw Rodzącej, którą w grudniu ub. r. ogłosił Rzecznik Praw Obywatelskich. Choć do dziś podpisało się pod nią 4 tys. kobiet, pozostaje ona zbiorem życzeń. Prawo do bezpłatnej opieki postulowane w pierwszym punkcie Karty jest teorią. Za wszelkie dodatkowe badanie lub takie, którego wyniki potrzebne są szybko, trzeba płacić. A jedna prywatna wizyta u ginekologa to ok. 100 zł (150 zł z cytologią). Ciężarna u lekarza powinna meldować się co trzy tygodnie. W sumie, w czasie ciąży na ginekologa trzeba wydać tyle, ile wynosi becikowe, płacone przez państwo na każde urodzone dziecko - 1000 zł.
Kosztuje też poród bez bólu. W Warszawie otrzymanie znieczulenia na życzenie to ok. 600 zł. Ale przynajmniej jest dostępne, inaczej niż w Częstochowie lub Poznaniu. - O znieczuleniu decyduje lekarz, a nie kobieta - usłyszeliśmy od położnej Ginekologiczno-Położniczego Szpitala Klinicznego UAM w Poznaniu. Tutaj, chociaż wszystkie sale są pojedyncze, za poród rodzinny, np. z udziałem ojca dziecka, trzeba zapłacić 150 zł. W stolicy w wielokrotnie wyróżnianym Szpitalu im. św. Zofii pojedynka to 1000 zł. W Częstochowie nie ma możliwości rodzenia przy wybranym lekarzu lub położnej. - Jest tylko lekarz dyżurny - informuje pielęgniarka Oddziału Ginekologii i Położnictwa Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Częstochowie.
Za mało jest także darmowych szkół rodzenia, o które upomina się Rzecznik Praw Obywatelskich. Zresztą i tak brakuje w nich miejsca (choć kosztują ok. 400 zł). - To często jedyna, a nawet w niektórych szpitalach zalecana metoda na poznanie dobrej położnej - mówi Mariola z Poznania, która swoją pierwszą córkę urodzi w połowie września.
Karta Praw Rodzącej Składa się z dziesięciu punktów. Najważniejsze z nich zakładają, by standardem było prawo kobiety do bezpłatnych szkół rodzenia i porodu, prawo do badań prenatalnych, specjalistycznej opieki lekarza i położnej, znieczulenia na życzenie, poszanowanie godności kobiety rodzącej, jak również swobodny dostęp do opieki psychologa przed porodem i po nim.
Politycy nie chcą słuchać potrzeb kobiet W ubiegłym tygodniu opublikowaliśmy rozmowę z Anną Otffinowską, szefową Fundacji Rodzić po Ludzku. O czym mówiła:
* Dekalog "Rodzić po ludzku" i wyniki 40 tys. ankiet decydenci, bez których dalsze zmiany nie są możliwe, zignorowali.
* Zespół pracujący nad standardami opieki okołoporodowej skupia się na dyskusji wokół roli lekarza i położnej podczas porodu. Nie odnosi się do sytuacji na oddziałach położniczych.
* Kobietom podaje się oksytocynę, która przyspiesza poród, stosuje się niepotrzebne, bolesne zabiegi.
* Odmawia się kobietom znieczulenia, co jest niehumanitarne. Nonsensem jest jednak mówienie, że każda z nich powinna je dostać.
* Kobietę należy w porodzie chronić, a nie dawać odczuć, że ma urodzić szybko, bo wszystkim się spieszy.
* Bez pewności, że politycy zareagują na postulaty kobiet, nie ma sensu organizowanie nowej akcji "Rodzić po ludzku".
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl