Czy w Polsce potrzebna jest nowa akcja "Rodzić po ludzku"? - zapytaliśmy na łamach "Metra" ekspertów i czytelników. Z rozmów i listów wyłania się bowiem ponury obraz polskich porodówek, na których wciąż rodzące traktowane są jak przedmioty, odmawia się im bezpłatnego znieczulenia. Tym praktykom miała zapobiec Karty Praw Rodzącej. Dokument ma już kilka miesięcy, ale zignorowali go wszyscy - od Ministerstwa Zdrowia, przez dyrekcje szpitali, po położne. O tym, że porodówki to koszmar świadczy kolejny przykład naszej czytelniczki - Anny Bochenek, mamy czteroletniego Adasia.
Od czterech lat jest tak samo źle Rodziłam w jednym z warszawskich szpitali położniczych. Główny błąd, jaki wtedy popełniono, to zbyt długie oczekiwanie na wywołanie porodu. Mój synek Adam urodził się aż 28 godzin po odejściu wód płodowych, mimo że do szpitala trafiłam od razu, kiedy to się stało. A lekarze potrzebowali doby, by zdecydować, czy poród wywoływać, czy też nie. Przedtem nikt nie zaproponował mi bezpłatnego znieczulenia, nie było mowy o cesarskim cięciu. W końcu zdecydowałam się zapłacić 500 zł i wtedy zostałam znieczulona. Inaczej nie dałabym rady - jakikolwiek ruch lub dotknięcie sprawiały mi ogromny ból. Chwile grozy przeżyłam, kiedy podczas badania KTG okazało się, że moje dziecko ma problemy z sercem. Pani ginekolog krzyczała, żebym parła, jednak nie mogłam, bo przez znieczulenie nie czułam żadnych skurczy. Lekarka uciskała swoim brzuchem mój, a kiedy to nie poskutkowało, do porodu użyto próżnociągu. W efekcie mój syn dostał tylko 5 pkt w skali Apgar. Był reanimowany, miał masaż serca. Pierwszą noc spędził w inkubatorze, miał podawany tlen. Później jeszcze oboje dostawaliśmy antybiotyki. Ale o tym wszystkim dowiedziałam się po pewnym czasie, z karty dziecka. Dzisiaj na szczęście jest zdrowy, choć przez pierwszy rok po porodzie był pod stałą opieką neurologa. Żałuję, że nic wtedy nie zrobiłam w reakcji na wszystkie te okropne doświadczenia, jakich doznaliśmy ja i moje dziecko. A nerwy puściły mi całkiem niedawno, kiedy w jakiejś stacji radiowej jedna z pacjentek szpitala położniczego poskarżyła się, że dziecku zaraz po narodzinach zrobiono zdjęcie bez jej zgody. Tak samo było u mnie, i to w tym samym szpitalu. Moje dziecko było reanimowane, a jednocześnie pstrykano mu fotki, których zakup zaproponowano mi po kilku dniach, jako "cegiełkę" dla szpitala. Potrzebujemy akcji "Rodzić po ludzku" żeby walczyć o traktowanie kobiet z godnością. Rodzącej należy się znieczulenie w ramach ubezpieczenia i prawo do cesarskiego cięcia, gdy naturalny poród przekracza jej możliwości. Tak się nie dzieje, skoro moje doświadczenia sprzed czterech lat są podobne do tych, które teraz w listach do "Metra" opisują młode mamy.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl