>>
Coś z niczego - zabawki dla oszczędnych Wymiar sprawiedliwości przechodzi poważną reorganizację. Z sądów rejonowych w małych i średnich miastach np. w Żywcu, Ełku, Sopocie, Gliwicach czy Pile już przed tygodniem zniknęły wydziały grodzkie, zwane też sądami grodzkimi. W sumie w całej Polsce zamknięto ich już połowę. To najniższy szczebel sądownictwa. Rozstrzygane są tam drobne sprawy cywilne i wykroczenia np. spory o niezapłacone mandaty drogowe, kary za jazdę bez biletu, nieuregulowane rachunki za telefon czy zakłócenia ciszy nocnej. Ale to dopiero początek zmian, bo wiceminister sprawiedliwości Jacek Czaja zapowiada, że sądy grodzkie zostaną zlikwidowane do końca 2010 r. w całym kraju. Drobne sprawy, których w ubiegłym roku było ok. 1,5 mln, przejmą teraz wydziały karne i cywilne w sądach rejonowych. Tam też będą przeniesieni sędziowie. Czemu służą te zmiany?
- Jak najlepszemu wykorzystaniu kadry sędziowskiej - zapewnia Maciej Kujawski z Biura Prasowego ministra sprawiedliwości i podaje przykłady. W małych sądach - kilku lub kilkunastoosobowych - sędziowie pełnią też funkcję np. szefów wydziałów. Za to dostają dodatkowe wynagrodzenie, ale muszą też zajmować się dokumentami. Po likwidacji sądów grodzkich sędziowie będą zajmować się jedynie orzekaniem.
- Sam wystąpiłem o zamknięcie wydziału grodzkiego, bo sędziowie pracowali w nim na pół etatu. Odpadła mi biurokracja oraz zwolniły się pokoje np. po sekretariacie - zachwala ten pomysł Andrzej Gierłachowski, prezes Sądu Rejonowego w Działdowie na Mazurach. - Wydziały grodzkie spraw nie przyspieszały, a wręcz spowalniały, bo ludzie nie wiedzieli, gdzie składać dokumenty.
Ale gdy zamyka się całą filie sądu w małym mieście, zmiany nie podobają się nie tylko mieszkańcom, lecz także lokalnym władzom. Tak stało się np. w Wieruszowie w łódzkim, gdzie sąd grodzki zniknął przed tygodniem. Najbliższy jest teraz 50 km dalej - w Wieluniu.
- To będzie uciążliwe dla mieszkańców, bo PKS i PKP likwidują połączenia - narzeka burmistrz Wieruszowa Iwona Szkopińska. Ma żal do ministerstwa, bo miasto samo zabiegało o sąd i pomogło wyremontować budynek.
Jeszcze większe problemy mogą się pojawić się w 2010 r., gdy będą likwidowane sądy grodzkie w dużych miastach np. Warszawie czy Gdańsku. - Będzie problem z przenoszeniem spraw. Może być bałagan, a poszkodowani mogą dłużej czekać na wyrok - obawia się Irena Kamińska, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich IUSTITIA.
Ale to nie koniec zmian. Ministerstwo Sprawiedliwości wyliczyło, że nie opłaca się też utrzymywać sądów rejonowych w małych miastach, a sędziowie mają w nich za mało pracy.
Ale Irena Kamińska przestrzega: - Trzeba działać ostrożnie, żeby ludzie nie musieli jeździć do sądu po 100-150 kilometrów. Tak jest teraz w okolicach wspomnianego Działdowa, bo w ważniejszych sprawach sądowych trzeba jeździć aż 130 kilometrów do... Elbląga.
Ministerstwo problemu nie widzi. Przekonuje, że Polacy są zmotoryzowani, a sąd to nie kiosk czy piekarnia, do których chodzi się codziennie, tylko 1-2 razy w życiu. Tym bardziej, że w przyszłości część spraw w sądzie będzie można załatwić przez internet.
Czy sądy w małych miejscowościach są potrzebne? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl