Z Krzysztofem Maruszewskim, znawcą rynku wina z firmy Wealth Solutions, która doradza w winnych inwestycjach, rozmawia Michał Stangret
Inwestowanie w wino to chyba wymysł bogaczy? - Tak się może wydawać, ale prawda jest taka, że w wino inwestuje już cały przekrój społeczeństwa. Szukamy dziś alternatywnych form inwestycji, które nie byłyby związane z rynkiem akcji. Przychodzą więc do nas i lekarze i przedsiębiorcy, nauczyciele, a nawet studenci, którzy chcą w ten sposób ulokować zarobione podczas wakacji oszczędności. O ile jeszcze rok, dwa lata temu mieliśmy kilku klientów tygodniowo, dziś - już kilkudziesięciu.
Mówicie im, do którego sklepu mają pójść i które wino kupić? - Win pod inwestycję na próżno szukać na półkach w sklepach. Muszą być najwyższej jakości i pochodzić z najlepszych winnic. W grę wchodzą te z rejonu Bordeaux-Medoc, Saint-Émilion, część win burgundzkich. Handel nimi odbywa się na giełdach towarowych np. w Londynie, Chicago czy Singapurze, gdzie zwykły Kowalski wstępu nie ma. Zakupu dokonują więc za niego wyspecjalizowani brokerzy, jak nasza firma.
Ile kosztuje takie wino? - Jedna skrzynka - bo handel winami odbywa się w skrzyniach - całkiem przyzwoitego wina inwestycyjnego z 2008 r. kosztuje już od 3-4 tys. zł. Wewnątrz jest 12 butelek po 0,75 l. Można też kupić połowę skrzyni albo nawet jedną butelkę, z tym że potem trudniej to sprzedać. Klienci inwestują średnio od 5 do 30 tys. zł.
Ile można zarobić? - Cena odpowiednika (z 2005 r.) wina, o którym mówiłem, w ciągu 3 lat dała 250 proc. zysku. Wartość wina Lafite Rothschild wzrosła w ciągu 5 lat 4-krotnie, Carruades de Lafite - 6-krotnie.
Ale musi być też ryzyko? - Największe dotyczy tych win, które leżakują jeszcze w beczkach. Przed butelkowaniem czeka je ocena ekspertów. Potencjalna strata, ale też zysk z inwestycji w takie wino, są proporcjonalnie wyższe. Jednak strata rzędu 40 proc. - jak to bywa w kryzysie z akcjami - jest bardzo mało prawdopodobna. Generalnie od 20 lat, niezależnie od turbulencji na rynkach akcji, indeksy cen win nie notowały większych spadków.
W ostateczności stratne wino można przecież wypić. - Oczywiście. Ale najczęściej inwestorzy w ogóle zakupionego wina nie widzą. Trafia ono na przechowanie do jednej z kilku w Europie certyfikowanych piwnic. Najczęściej jest już tam w momencie zakupu, a zmienia się tylko naklejka z nazwiskiem nowego właściciela. Przechowalnie win to takie wielkie molochy, które zapewniają trunkowi optymalne warunki, temperaturę, wilgotność a także ubezpieczenie. Oczywiście można sobie zażyczyć przysłanie wina do domu, z tym, że zostanie ono potem wycenione nawet o 20-30 proc. niżej, więc to się nie opłaca.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl