Wygląda na to, że nie będzie ronda Wolnego Tybetu?
- Już jest. W połowie lipca na murze wzdłuż alei Prymasa Tysiąclecia, w pobliżu ronda namalowaliśmy napis "Rondo Wolnego Tybetu". Nazwa nie jest oficjalna, ale już funkcjonuje w świadomości warszawiaków.
Ale co z oficjalną nazwą? Dalajlama już drugi raz przyjeżdża do Polski, a sprawa utknęła.
- Niechęć do nadania rondu na Woli nazwy Wolnego Tybetu narastała u radnych PO stopniowo. W ub. r. niektórych przestraszył protest z ambasady Chin. Sprawa była odsyłana od komisji kultury do podkomisji ds. nazewnictwa ulic. W tym roku radni PO są pod wrażeniem list z naszego MSZ o negatywnych skutkach pomysłu dla stosunków polsko-chińskich.
Przewodnicząca podkomisji ds. nazw ulic Mariola Rabczon mówi, że Rada Warszawy musi brać pod uwagę konsekwencje dla relacji z Chinami.
- Cieszę się, że w końcu zostało to wprost powiedziane. Do tej pory mitręgę tłumaczono procedurami. Teraz wiemy, że niektórzy radni mają na względzie politykę międzynarodową. Tylko że nie tym powinni się zajmować. Lepiej, aby relacje polsko-chińskie zostawili rządowi, a sami mieli odwagę podejmować decyzje służące miastu.
Może martwi ich, że nazwa Wolny Tybet zniechęci Chińczyków do inwestowania w Warszawie?
- To raczej świadczy o tym, że niektórzy zaczynają się bać Chin i ich reakcji na nawet mniej ważne decyzje. To dziwi, zwłaszcza w przypadku członków PO, od których można oczekiwać odważniejszej postawy. Takie, jak coraz wyraźniej widać, strachliwe postępowanie na pewno nie wzbudzi szacunku u Chińczyków.
Źródło: Dziennik Metro