Karol "Pjus" Nowakowski ma 27 lat. Jest pogodnym gadułą. Ma kilka tatuaży. Największy na prawym przedramieniu - "Life after deaf" (w tłumaczeniu autora- życie po głuchocie).
Z zespołem "2cztery7" nagrał dwie płyty. Kiedy nagrywali pierwszą, jeszcze słyszał, drugą nagrał już z jednym implantem. Jego solowy debiut ukaże się jesienią tego roku. Będzie nosił tytuł "Life After Deaf" i tam znajdzie się kawałek poświęcony głuchoniemym żołnierzom.
Jako dziewięciolatek biegał z irokezem na głowie. Później zainteresował go hip-hop. Mieszka na warszawskim Ursynowie. 5 lat temu dowiedział się, że cierpi na bardzo rzadką genetyczną chorobę, w wyniku której straci słuch. Całkowicie.
Schorzenie nazywa się neurofibromatoza typu 2 (NF2) i niszczy nerwy słuchu.
Kiedy się o niej dowiedział, studiował na pierwszym roku w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. - Przerwałem studia, bo skoro miałem przestać słyszeć, chciałem wykorzystać czas, który mi pozostał, na tworzenie muzyki. Potem to już mogłoby być niemożliwe.
Rozmawiamy u niego w kuchni. Bo teraz Karol znów słyszy. Usunięto mu guzy, co oznaczało także utratę nerwów słuchu. W zamian wszczepiono implanty podłączone bezpośrednio do mózgu.
Wszystko dla Pjusa
Kiedy przestałem słyszeć, po różnych przejściach trafiłem do profesora Skarżyńskiego z Międzynarodowego Centrum Słuchu i Mowy w Kajetanach. Profesor powiedział, że jego zespół nie jest jeszcze gotowy na przeprowadzenie operacji. Ale jest profesor w Niemczech, który to robi, i do niego powinienem się zgłosić. Operacja kosztowała 30 tys. euro. Wtedy pojawili się przyjaciele, zorganizowali dwudniowy charytatywny koncert, a ponieważ jestem kibicem Legii Warszawa, klub też pomógł finansowo. Jego były piłkarz, Artur Boruc przesyłał koszulki z Celticu Glasgow na aukcje. Cała akcja nazywała się "All for Pjus". Zebrali tyle, że starczyło na operację i rehabilitację po niej.
Pierwszą operację Karol miał w 2006 roku. Drugą, dwa lata później, kiedy okazało się, że Karol bardzo dobrze słyszy, przeprowadzono już w Polsce. Po raz pierwszy w historii medycyny. Karol jest jedyną osobą na świecie ze sztucznym słuchem.
Pomógł profesor Skarżyński. Zorganizował sympozjum na temat słuchu i zaprosił lekarzy z całego świata, którzy obserwowali zabieg Karola.
- To nie jest tak, że po wszczepieniu słyszy się wszystko. Ja nazywam to teorią zamkniętych drzwi. Na początku mózg nie wie, co zrobić z dźwiękami, które docierają do niego drogą inną niż naturalna. Musi się przyzwyczaić do elektronicznej stymulacji. Na początku słyszy się tak, jakby się było za zamkniętymi drzwiami.
Dopiero później mózg uczy się i można nieco "uchylić te drzwi".
- Mam na głowie sprzęt elektroniczny i są oczywiście rzeczy, których robić nie mogę. Mogę pójść na basen, ale jestem tam całkiem głuchy. Nie pójdę pospacerować w deszczu. Mam te ż problemy z równowagą. Mogę się przewrócić.
Głośniej od bomb
Kiedy Karol stanął na nogi, chciał znowu tworzyć. Szukał tematów na płytę. Zainspirowała go historia plutonu głuchoniemych powstańców z placu Trzech Krzyży.
- Kiedy stanąłem obok Instytutu Głuchoniemych, wiedziałem o czym chcę zaśpiewać. Przyszedł mi nawet do głowy tytuł "Głośniej od bomb". Poczułem się podobny do tych żołnierzy. Bo przecież nie trzeba słyszeć, żeby walczyć. Poza tym oni, tak jak ja, też byli ewenementem na skalę światową - śmieje się Karol
Piosenka o żołnierzach z niesłyszących powstańcach znajdzie się na "Life After Deaf" - solowej płycie Karola, która ukaże się jesienią.
Pluton głuchoniemych
Podziemną organizację w Instytucie Głuchoniemych i Ociemniałych stworzył w 1941 r. nauczyciel wf Wiesław Jabłoński ("Łuszczyc") i wciągnął tam swoich uczniów. Podczas okupacji nosili na ramieniu opaskę z napisem "Taubstumm" (głuchoniemy), mieli też dokumenty z niemiecką pieczątką poświadczające niepełnosprawność. Niemcom nie mieściło się w głowach, że głusi mogą działać w podziemiu. Dlatego też mogli się swobodnie przemieszczać i przewozić np. prasę konspiracyjną.
Głuchoniemi żołnierze walczyli w Powstaniu Warszawskim w batalionie AK "Miłosz" w Śródmieściu. Nie tylko budowali barykady i opatrywali rannych. Walczyli także z bronią w ręku u boku słyszących kolegów. Pluton liczył 30 osób, w tym 3 kobiety. Wszyscy przeżyli powstanie.
Podczas jednego z bombardowań kilku głuchoniemych uciekło w inną stronę niż słyszący i to ich uratowało, bo zdrowi zginęli.
Po powstaniu trafili do jednego z obozów jenieckich na terenie Niemiec. Tam niemiecki dowódca zauważył, że kilku żołnierzy nie reaguje na jego komendy. Długo nie mógł uwierzyć, że są głuchoniemi i że byli w konspiracji. Obóz został wyzwolony w kwietniu 1945 roku. Głuchoniemi wrócili do Warszawy. O ich plutonie powstał film "Eksplozja ciszy" autorstwa Katarzyny Rimpler.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl
Źródło: Dziennik Metro