Sprawa małej Róży spod Wronek w Wielkopolsce poruszyła Polskę. Sąd odebrał dziewczynkę matce zaraz po porodzie i przekazał do rodziny zastępczej, bo kobieta była niezaradna, a w domu panował bałagan. W ostatni piątek Sąd Okręgowy w Poznaniu utrzymał tę decyzję.
Ale najnowszy raport Najwyższej Izby Kontroli pokazuje, że zabieranie dzieci biologicznym rodzicom i oddawanie ich rodzicom zastępczym wcale nie musi być dobre dla dziecka.
- Rodzicami zastępczymi zostają osoby, które nigdy nie powinny nimi zostać - podkreśla Zbigniew Matwiej z biura prasowego NIK-u. I dodaje: - Wbrew opinii instytucji powołanych do pomocy rodzinie sądy ustanawiają rodzicami zastępczymi osoby karane lub takie, które w przeszłości porzuciły własne dzieci.
Ojciec z wyrokiem Zdaniem NIK niewłaściwie wyznaczono rodziny zastępcze m.in. w powiecie oleskim w okolicy Opola. W jednej ojciec był karany za jazdę po pijanemu. W drugiej opiekę powierzono kobiecie, która oddała czwórkę swoich dzieci do domu dziecka i obecnie sama korzysta z zasiłków z pomocy społecznej. Miejscowe centrum pomocy rodzinie zgłaszało uwagi w tej sprawie do sądu, ale dziecko zabrano tylko mężczyźnie z wyrokiem. Jego żona pozostaje matką zastępczą, bo Sąd Rejonowy w Oleśnie uznał, że "związała się z dzieckiem". Druga sprawa jest bardziej skomplikowana. Tam funkcję rodzica zastępczego pełni babcia, która w przeszłości pozostawiła dzieci z poprzedniego związku. Dlaczego sąd przyznał jej prawo do opieki nad kolejnym dzieckiem? - Wychowuje dziecko swojej nieletniej córki z domu dziecka. Sąd nie chciał ich rozdzielać, bo m.in. szkoła i kurator wydali pozytywne opinie - tłumaczy Ewa Kosowska-Korniak z Sądu Okręgowego w Opolu. Rozwiązanie miało być tymczasowe, ale gdy dziewczyna skończyła 18 lat, poznała nowego chłopaka i straciła zainteresowanie maluchem, który pozostał już przy babci.
W raporcie NIK zaznaczono również, że nie wszystkie sądy współpracują z ośrodkami pomocy społecznej i nie weryfikują kandydatów na rodziców zastępczych, ale wręcz wybierają ich mimo negatywnych opinii ośrodków. Z kolei ośrodki pomocy społecznej ze względu na zbyt małą liczbę pracowników nie zawsze sprawdzają, jak żyje się dzieciom w nowych rodzinach. Aż 14 z 40 skontrolowanych ośrodków nie powiadamiało sądów o nieprawidłowym funkcjonowaniu rodzin, choć prawo nakłada na nie ten obowiązek.
Sąd pojawia się na końcu Do podobnych wniosków doszło także Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Uważa, że rodziny zastępcze nie spełniają właściwie swojej funkcji (w 2006 r. trafiło do nich 60 tys. dzieci), bo wielu opiekunów zastępczych łączą z rodzicami biologicznymi bliskie pokrewieństwo i podobne problemy np. z alkoholem. Zdarza się, że pobyt dziecka w nowej rodzinie jest fikcją, bo biologiczni rodzice nadal mają z nim kontakt, a nawet mieszkają obok.
Od przyszłego roku sytuacja może się zmienić. Zgodnie z założeniami ustawy o pieczy zastępczej, państwo najpierw będzie pomagać rodzinom z problemami, a dopiero w ostateczności odbierze dziecko. W gminach pojawią się np. asystenci rodzinni, kierowani do pracy z niezaradnymi rodzicami. Rząd chce też zmusić sądy i ośrodki pomocy społecznej do obowiązkowego współdziałania przy wymianie danych o sytuacji rodziców. Teraz jest to nieobowiązkowe i - jak pokazuje przykład małej Rózi - sądy często nie pytają innych instytucji o zdanie. Projekt zmian podoba się rzecznikowi sądu okręgowego na warszawskiej Pradze Marcinowi Łochowskiemu: - Obecny system pomocy rodzinie jest źle skonstruowany. Sąd pojawia się dopiero na końcu, często po to, żeby odebrać dziecko. Nie działa system wcześniejszej pomocy np. finansowej, psychologicznej oraz wymiana informacji między sądem a ośrodkami pomocy społecznej.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl