Od 1 września kilkuset więźniów przez pół roku, zamiast w celi, karę będzie odbywać na wolności, za to ze specjalnymi obrączkami elektronicznymi na przegubie ręki lub kostce. Obrączka umożliwi skontrolowanie, czy przestrzega zakazu zbliżania się np. do mieszkania ofiary czy stadionu, albo czy pozostaje w domu po zmierzchu. O nieprzestrzeganiu zakazu powiadamiany zostanie kurator sądowy i policja. W razie łamania warunków więzień wróci za kraty. Jak żyje się z obrączką, sprawdził Juliusz Ćwieluch, były dziennikarz "Metra", dziś "Polityki", który przez sześć dni nosił ją jako pierwsza osoba w Polsce. Jakie odniósł wrażenia?
Juliusz Ćwieluch: - Serdecznie współczuję więźniom, którzy będą to musieli przez pół roku nosić. Życie z obrączką to prawdziwy koszmar: drapie, swędzi i uwiera. Cała rodzina jest poszkodowana. Nie możemy iść do znajomych, nie można też iść do kina, chyba, że na seans w ciągu dnia. Wszystko dlatego, że po godz. 19. obrączka musi być w określonej odległości od bazy, specjalnego urządzenia umieszczonego w domu, które monitoruje jak daleko się znajduję. Gdy nie ma mnie w domu, przesyła o tym informacje do tych, którzy mnie pilnują. Próbowałem ich oszukać i wziąć bazę ze sobą, ale od razu do mnie zadzwonili z pytaniem dlaczego ją podniosłem. Próbowałem też rozkręcić bazę - nie da rady, nie ma ani jednej śrubki. Stacja jest jedną wielką plastikową bryła i bez trwałego uszkodzenia nie można się do niej dobrać. W końcu miałem już dość, przeciąłem obrączkę, żeby uciec na koncert Radiohead do Poznania. Z przecięciem nie miałem żadnego problemu. W środku są dwa małe druciki. Nie muszę już chyba dodawać, że gdy zostaną przecięte oni już to wiedzą...
Co się stało potem, i Juliusza Ćwielucha złapali go podczas koncertu, czytaj na blogu dozorowany.blog.polityka.pl.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl