Latem 1939 r. czuć było zbliżającą się wojnę. Jeszcze w trakcie roku szkolnego, jako ośmioletnia dziewczynka, przechodziłam obowiązkowe ćwiczenia z obsługi masek przeciwgazowych i schodzenia do schronów. Były zbiórki pieniędzy na broń dla polskich żołnierzy w ramach Funduszu Obrony Narodowej. Pamiętam, jak w jednej z gazet opisywano przykład bliźniaczek, które nie jadły drugich śniadań w szkole specjalnie po to, by wysłać pieniądze zaoszczędzone na polską broń.
Wakacje w 1939 r. były dla mnie zupełnie inne niż zwykle. Choć co roku wyjeżdżaliśmy z rodzicami, a to w góry, a to nad morze, tamte lato rodzice zdecydowali się spędzić z nami w Berkach, tuż pod Wilnem, gdzie mieszkaliśmy. Chodziło m.in. o to, by ojciec - porucznik rezerwy - mógł maksymalnie szybko wrócić do domu na wypadek, gdyby został powołany do wojska. Wakacje spędzaliśmy w oczekiwaniu na to powołanie. Dostał je tydzień przed wybuchem wojny.
Pamiętam, że w tamtym czasie wpadła mi w ręce książka o I wojnie światowej. Główna bohaterka codziennie pisze pamiętnik dla taty, który poszedł na wojnę. Jeszcze w sierpniu założyłam podobny pamiętnik. Wpis z 1 września brzmiał mniej więcej tak: "Kochany tatusiu, dziś wszystkie światła pogasły, siedzimy więc przy naftowej lampie. Mamusia przyjechała z Wilna, powiedziała, że zaczęła się prawdziwa wojna. Teraz będę pisać codziennie."
Każdego dnia nasłuchiwaliśmy komunikatów o wojnie. Pierwszy szok przeżyłam, gdy usłyszałam, że Niemcy zajęli już dużą część Polski. Myślałam sobie: "jak to możliwe, przecież mieliśmy wygrać, i to szybko?" Bo wszyscy byliśmy przekonani, że to wszystko skończy się już po kilku tygodniach i na pewno będzie to nasz triumf. Drugi szok był wtedy, gdy mama powiedziała, że trzeba jak najszybciej ochrzcić moją maleńką siostrę, która się dopiero urodziła, bo bolszewicy uderzyli.
W żeńskiej szkole sióstr nazaretanek, do której chodziłam, codziennie rozmawiałyśmy z koleżankami o doniesieniach wojennych. Nazajutrz po 17 września wszystkie płakałyśmy. Szokiem więc nie był sam wybuch wojny, ale klęska Polski i to uderzenie od tyłu. Mimo to, wierzyliśmy - i dzieci, i dorośli - że to jednak nie koniec, a ostatecznie i tak zwyciężymy. Wtedy mówiło się "aby do wiosny". Potem już co roku się to powtarzało. Nie wiem, dlaczego nie wierzyliśmy, że możemy zwyciężyć na przykład zimą.
Polacy chcieli zaczarować wojnę
Ze Zdzisławem Pietrasikiem,
szefem działu kulturalnego "Polityki", autorem artykułu "Ta ostatnia niedziela", publikacji tygodnia "1939. Jak rozpętała się II wojna światowa", rozmawia Michał Stangret
Jak toczyło się życie zwykłych ludzi w Polsce na kilka dni przed wybuchem II wojny światowej?
Panował bardzo specyficzny spokój. To był koniec wakacji, ludzie niechętnie wracali z urlopów. Tym bardziej, że pogoda była cudna, jakiś ciepły wyż opanował wtedy naszą część kontynentu. Pełno było turystów na bałtyckich plażach, kawiarenki w miastach tętniły życiem.
Ale czuło się, że wojna wisi w powietrzu?
Tak, to, że coś złego zaraz się stanie, było głównym tematem rozmów. Jedni wierzyli w to bardziej, inni mniej. Wszyscy mieli ogromny apetyt, by cieszyć się życiem. Wyglądało to tak, jakby podświadomie chcieli czerpać garściami z tych ostatnich chwil beztroskiego życia. Z drugiej strony, ta zabawa w atmosferze uniesienia i wyczekiwania, co się zaraz stanie, jakby na siłę chcieli zaczarować świat, na który czekali. Im bliżej było września, tym uniesienie narastało, a ludzie niemal na siłę wypatrywali jakichkolwiek pozytywnych sygnałów, które mogłyby utrzymać błogi stan. 27 sierpnia polska reprezentacja piłkarska wygrała w Węgrami 4:2. Było zdziwienie, że pokonaliśmy tak silnego rywala, ale zaczęły też pojawiać się podtrzymujące na duchu opinie, że skoro wygraliśmy mecz, to wygramy i wojnę.
Nawet 1 września ludzie nie zdawali sobie do końca sprawy, co się dzieje.
Ten dzień nie był szokiem łamiącym kręgosłup. Entuzjazm trwał. 3 września, po wypowiedzeniu Niemcom wojny przez Wielką Brytanię i Francję, w Warszawie odbyły się patriotyczne manifestacje. Dopiero w następnych dniach, gdy przestawały funkcjonować kolejne instytucje państwowe i polskie wojsko ponosiło coraz dotkliwsze porażki na froncie, do ludzi zaczęło docierać, że jesteśmy sami i nikt nam nie pomoże. Dobici zostaliśmy 17 września, uderzeniem ze wschodu Armii Czerwonej.
Czym z dzisiejszej perspektywy jest tamten wrzesień?
To było pożegnanie starej, pięknej Polski. Tej wielokulturowej, kolorowej, z ułanami. Ona już nie wróciła. Tamten wrzesień nie stał się w świadomości Polaków legendą, taką jak na przykład Powstanie Warszawskie. Wciąż nie wiemy, co myśleć o bogactwie września 1939 r. i jak z niego czerpać. Ale atmosfera tamtych dni - zapał i entuzjazm - pozostała w głowach Polaków walczących o wolność w kolejnych latach. Być może bez tego nie utrzymałoby się Państwo Podziemne, bo zabrakłoby nadziei, że jest o co walczyć.
Źródło: Dziennik Metro