http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Polskie stocznie czekają na trzecią szansę

Mariusz Jałoszewski
2009-09-02, ostatnia aktualizacja 2009-09-02 20:27

Ważą się losy stoczni w Szczecinie i Gdyni. Komisja Europejska zażądała od rządu dodatkowych wyjaśnień, po co jeszcze raz chce robić przetarg na sprzedaż zakładów. Opozycja ostrzega, że czeka je likwidacja

Aleksander Grad, minister skarbu
Fot. Robert Kowalewski
Aleksander Grad, minister skarbu
ZOBACZ TAKŻE
>> Coś z niczego - zabawki dla oszczędnych

O przyszłości stoczni znowu zdecyduje Komisja Europejska, która konsekwentnie domaga się ich zamknięcia z powodu przyznania im niedozwolonej pomocy publicznej. Zakłady miał uratować katarski inwestor. Wygrał przetarg na ich majątek, ale do poniedziałku nie wpłacił pieniędzy. Dlatego rząd już w ubiegłym tygodniu poprosił Komisję, żeby po raz trzeci wydłużyła termin na rozliczenie sprzedaży obu stoczni. Jednocześnie Agencja Rozwoju Przemysłu potwierdziła, że wszczęto procedurę przejęcia 40 mln zł wadium wpłaconego przed przetargiem przez katarskiego inwestora.

Nie wiadomo, jaka będzie decyzja Komisji i kiedy zapadnie. Na razie domaga się ona od rządu dodatkowych informacji. Rzecznik KE ds. konkurencji Jonathan Todd podkreślił, że materiały we wniosku o przedłużenie terminu sprzedaży są niewystarczające. - Nie mieliśmy poczucia, że możemy na ich podstawie wydać decyzję - tłumaczył Todd.

Jeśli zgody na przetarg nie będzie, do stoczni wkroczy syndyk i zlicytuje ich majątek. A to będzie oznaczać koniec szans na reaktywację produkcji statków, bo takie działania trwają nawet latami i rząd nie ma nad tym kontroli. - To normalna procedura. Komisja pyta na przykład, jaki majątek będzie sprzedany. Jeszcze dziś wyślemy odpowiedź - uspokaja rzecznik ministerstwa skarbu Maciej Wewiór. Sęk w tym, że Komisja ma już te materiały, bo rząd złożył je dawno temu. - Takie są przepisy, na wszystko muszą mieć nowe podkładki - tłumaczy anonimowo urzędnik znający zasady pracy KE. Komisja chce też wiedzieć, czy nowy termin jest ostateczny i ile czasu potrzebuje rząd.

Opozycja jest przekonana, że nie ma już jednak szans na uratowanie polskich stoczni. - Po co ten dodatkowy czas? Miał być inwestor, a go nie ma. Wszystko wskazuje na to, że sprawa jest przegrana - komentuje Mariusz Błaszczak, szef klubu PiS. I dodaje, że czeka na dymisję ministra skarbu Aleksandra Grada, którą w przypadku niepowodzenia projektu stoczniowego obiecał Donald Tusk. Dymisji żąda też SLD.

Rzecznik rządu Paweł Graś stwierdził, że premier podejmie decyzję najwcześniej w przyszłym tygodniu. Ministra bronią jednak posłowie Platformy. Wiceszef klubu PO Grzegorz Dolniak podkreśla, że Grad zrobił wszystko, by ratować stocznie i musiał naprawiać zaniedbania poprzednich rządów SLD i PiS. - Ale ja go nie będę rozliczał. To zadanie premiera - podkreśla Dolniak.

Z premierem chcą się spotkać zwolnieni z pracy stoczniowcy (w sumie zatrudnienie straciło ok. 9 tys. osób). Za dwa tygodnie zapowiadają przeprowadzenie manifestacji.

Kiedyś stocznie ratowała tania siła robocza. Ale i to się zmieniło

Mariusz Jałoszewski: Czy stocznie w Szczecinie i Gdańsku są jeszcze do uratowania?

Jacek Piechota, minister gospodarki w rządzie SLD w latach 2001-05, szczecinianin: - Tak długo, jak są szanse na pozyskanie inwestora, trzeba o niego zabiegać. Nie martwiłbym się dodatkowymi pytaniami KE, bo ona musi się wykazać wobec unijnych krajów i musi być konsekwentnie trzymać się raz podjętej decyzji. Ale moim zdaniem przedłuży Polsce czas przeznaczony na sprzedaż, bo do tej pory rząd spełniał żądania Komisji.

Czy jest jednak sens ratować stocznie? Przez kryzys padają zakłady w całej Europie, bo trudno im konkurować z tańszymi i wspieranymi przez państwo stoczniami na Dalekim Wschodzie.

- Boję się, że będzie to trudne. Jeśli chcemy produkować statki, to inwestor musi przyjść z pakietem konkretnych propozycji, a nie podchodzić do tego jak do otwartej licytacji.

To może zamknąć stocznie, a ziemię sprzedać np. pod inwestycje deweloperskie? Po co oszukiwać stoczniowców i łudzić nową pracą? Inne zakłady, np. włókiennicze z Łodzi, zlikwidowano bez wahania.

- Między nimi a stoczniami jest zasadnicza różnica. W produkcji statków uczestniczy kawał gospodarki. Stocznie tylko składają to, co wyprodukują inne zakłady, m.in. blachy z Huty Częstochowa, silniki z Cegielskiego w Poznaniu i wielu innych, mniejszych kooperantów. Kiedyś to było ok. 120 tys. miejsc pracy. Dziś jest inaczej. Kooperanci stoczni są mniej od nich uzależnieni.

Może uratowałyby je zamówienia polskich armatorów, którzy statki kupują teraz za granicą, np. PŻM?

- PŻM kupuje statki, jakich nie było w naszych stoczniach, czyli masowce. Poza tym, nasze zakłady chciały za nie więcej niż konkurencja. Ratunkiem dla stoczni była specjalizacja, np. chemikaliowce w Szczecinie, a samochodowce w Gdyni. Ale zabrakło odpowiedniego uzbrojenia. Stocznie nie były od lat modernizowane. Ratowała nas tylko tania siła robocza, ale i to się zmieniło, bo odpływ pracowników na Zachód wymógł podwyżkę pensji.

Pan, jako minister gospodarki, zrobił wszystko?

- To nie musiało się tak skończyć. Mogę sobie tylko zarzucić, że w 2001 r. uwierzyłem, że stocznie są w dobrej kondycji. Ale już wtedy trzeba było dokonać ich szybkiej restrukturyzacji. W 2005 r. zostawiłem projekt utworzenia korporacji Polskie Stocznie. Wtedy był najlepszy okres na ich sprzedaż. Ale gdy zaczął rządzić PiS, wysadził projekt w powietrze. Rozpoczął szafowanie hasłami "polskie stocznie w polskich rękach" i arogancko traktował Komisję Europejską.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl


Źródło: Dziennik Metro
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów