Według dziennikarzy TVN, do Polski sprowadzono ze Szwecji 100 tys. puszek, czyli prawie 185 ton mięsa. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie data ważności. Puszki zostały wyprodukowane na potrzeby szwedzkiej armii w...1983 roku. Tamtejszy rząd postanowił się ich pozbyć mniej więcej przed dekadą. Chętnych nie było aż do 2007 roku. Wtedy ze Szwedami dogadała się krakowska firma i sprowadziła mięso do Polski. Dziennikarze TVN twierdzą, że szwedzkie ministerstwo rolnictwa wyraźnie zaznaczyło, że mięso może być dodawane tylko do karmy dla zwierząt. Ale mimo tego zawartość puszek miała trafiać do przetworów, m.in. gołąbków, wędlin, , a nawet na stoły w przedszkolach czy domach starców.
Zdaniem Joakima Holmdahla ze szwedzkiego ministerstwa rolnictwa, wszystko jest jednak w porządku. W rozmowie z dziennikarzami stwierdził on, że mięso nadaje się do spożycia przez ludzi, a zakaz miał służyć jedynie regulacjom rynkowym, a nie ochronie zdrowia konsumentów.
Wątpliwości rozwiał też sanepid: - Data przydatności tych produktów mija jesienią 2010 roku, a mięso jest przeznaczone do spożycia przez ludzi - zapewnia Jan Bondar, rzecznik Państwowej Inspekcji Sanitarnej. - Inspektorzy nie znaleźli w produkcie zarazków chorobotwórczych ani metali ciężkich.
Jego zdaniem, technologia zastosowana przy produkcji szwedzkiego mięsa pozwala nawet na bardzo długie przechowywanie produktu.
Z informacji sanepidu wynika, że mięso trafiło do 12 różnych zakładów. Jakich? Nie wiadomo. Właściciele twierdzą, że zostało wykorzystane kilka miesięcy temu. Dlaczego żadne służby sanitarne wcześniej nie zainteresowały się sprawą? - Bo nie ma żadnej sprawy. Poza tym unijne przepisy dopuszczają wolny przepływ towarów - uważa Bondar. Dodaje, że sanepid nie będzie dalej śledził sprawy ani zakazywał dystrybucji mięsa: - Nie mamy do tego żadnych podstaw. Dokumenty się zgadzają, analizy potwierdzają, że mięso jest dobre - mówi rzecznik.
Mięso jest szkodliwe, ale nie aż tak bardzo Z dr inż. Marią Walczycką z Katedry Przetwórstwa Produktów Zwierzęcych Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, gdzie badano feralne puszki ze szwedzkim mięsem, rozmawia Michał Stangret
Co groźnego znaleźli naukowcy z państwa katedry w tych puszkach? Po pierwsze, trzeba przyznać, że badania nie były przeprowadzone metodami certyfikowanymi. Mięso daliśmy do zbadania naszym studentom w ramach ćwiczeń. Żeby studenci nie sugerowali się tym, że to może być stare mięso, nie poinformowaliśmy ich, że pochodzi sprzed 25 lat. W pierwszej kolejności badali je organoleptycznie, wąchali je, niektórzy je próbowali. Potem przystąpili do bardziej zaawansowanych badań. W ich wyniku okazało się, że w mięsie są liczne wolne kwasy tłuszczowe i wolne aminy.
Brzmi bardzo groźnie.
Ale spożycie tych substancji nie jest aż tak bardzo groźne dla zdrowia. Wszystko zależy od wrażliwości przewodu pokarmowego konkretnej osoby. U osoby wrażliwej może się to skończyć tym, czym np. skończyłoby się spożycie lekko przeterminowanego jogurtu albo zjełczałego tłuszczyku. Ale już u osoby zdrowej nie musi spowodować jakichkolwiek dolegliwości i konsekwencji żołądkowych, chyba, że zjadłby bardzo duże ilości tego mięsa. Wtedy mogłoby się skończyć sporym rozstrojem żołądka.
Ale przecież to mięso ma 25 lat! Gdyby były to zwykłe puszki mięsne, to spożycie ich po takim okresie faktycznie byłoby bardzo szkodliwe. Ale w tym przypadku mówimy o puszkach mięsnych, tworzonych dla wojska metodą liofilizacji, w wyniku której pod wpływem temperatury i ciśnienia całkowicie pozbawia się mięso wody.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl