Skarżymy się na: śpiewy na imprezach, głośną muzykę i ryczący telewizor, szczekanie psa, remonty po godz. 22. Przeszkadzają nam głośno chodzące pralki za ścianą, nocne kąpiele, tupanie w podłogę, hałaśliwe rozmowy. Wczoraj opisaliśmy historię informatyka Piotra W. z Warszawy, który był bezradny wobec hałasujących sąsiadów i często wzywał policję. Ale o dziwo policja miała już go dość i na jej wniosek sąd ukarał informatyka 550 zł grzywną za bezzasadną interwencję. Większość niewyspanych sąsiadów jednak w sądach wygrywa. Warszawianka, której pies szczekał z tęsknoty, kiedy zostawiała go samego w domu, musiała zapłacić 300 zł grzywny i ponieść koszty sprawy w sądzie (130 zł). Sąd odsłuchiwał z płyt CD nagrane szczekanie psa. W aktach sprawy znalazło się nawet zdjęcie sprawcy - małego czarnego kundelka.
Czasami spory o ciszę dochodzą do absurdu. Ostatnio sąd w Radomiu ukarał naganą 91-letnią kobietę, która w nocy chodziła do toalety przy pomocy specjalnego balkoniku. Balkonik szurał o podłogę i przeszkadzał spać młodemu prawnikowi, który jako jedyny z sąsiadów poskarżył się na policję.
Sądzimy się nie tylko z sąsiadami. Wytaczamy procesy głośnym firmom z sąsiedztwa. Na przykład dyskotekom, zajezdniom autobusowym, właścicielom głośnych klimatyzatorów, lotniskom, zarządcom dróg lub właścicielom budów, na których pracuje się w nocy.
Trzeba budować zaufanie Mariusz Jałoszewski: Spory o zakłócanie spokoju sąsiadom to w Polsce poważny problem. Dlaczego? Dlaczego kiedy chcemy poimprezować, nie idziemy, tak jak Anglicy, do pubu? prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny z UW: To sprawa naszej kultury. My ciągle imprezujemy w domu, w ogródku albo grillujemy na balkonie. Ale co to za problem, żeby uprzedzić sąsiadów o imprezie czy zapytać ich o zgodę?
Drugi powód to nasze pieniactwo. Prawo daje nam prawo do odpoczynku od godz. 22 do 6 i ja zrobię wszystko, żeby to wyegzekwować, bo nie lubię sąsiadów i niech policja ich uspokoi. Trzeci powód to nieszanowanie tego, co wspólne. A wspólna jest ekologia miejsca zamieszkania. Nie potrafimy wczuć się w sytuację tych, którym przeszkadzamy. Nie myślimy o konsekwencjach, nie bierzemy pod uwagę sąsiadów. Mam urodziny, zwołuję ludzi i hulaj dusza. A przecież możemy mieć taki sam problem, bo ktoś inny za jakiś czas zrobi imprezę.
Agresji międzysąsiedzkiej sprzyja też tandetne budownictwo z cienkimi ścianami, anonimowość w miastach, zwłaszcza w stolicy, gdzie jest dużo przyjezdnych z całej Polski. To nie ma znaczenia. Ja mieszkam w domu i nie mogłem spać do drugiej w nocy z powodu imprezy w domu obok. Ale nie wzywałem policji, tylko poszedłem poprosić o ściszenie muzyki. Problem nie tkwi w architekturze i zagęszczeniu bloków na osiedlu ani anonimowości, bo tak samo jest w dużych i małych miastach. To sprawa naszej kultury. Dlaczego jej nie mamy? To pytanie na Nagrodę Nobla.
Dlaczego sąsiedzi reagują agresją, kiedy wzywa się do nich policję? Wyzywają, walą w ścianę. Agresja wzrasta w miarę ilości wypitego alkoholu. To typowa spirala. Jak ty do mnie bezczelnie, to oddam ci z nawiązką.
Więc gdzie jest nadzieja? Jak skończyć te sąsiedzkie spory o ciszę? Musimy budować zaufanie. Nie każdy ma scyzoryk w kieszeni i chce nas zaatakować. Gdybyśmy częściej darzyli sąsiada życzliwością, uśmiechem, pytaniem "jak leci?", to może częściej będzie ściszał muzykę, bo dobrze o nas pomyśli. Na szczęście coraz częściej organizujemy uroczystości poza domem np. wesela. I liczę na to, że w miarę jak Polacy będą stawali się bardziej zamożni, to coraz więcej imienin i urodzin będzie urządzanych w pubach.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl