Największym zaskoczeniem wczorajszych wyborów do Bundestagu była bardzo niska frekwencja. Spośród 62,2 mln uprawnionych do głosowania Niemców, tylko 72 proc. zdecydowało się pofatygować do urn. To mniej niż w 2005 r., kiedy frekwencja wyniosła 77,7 proc. Rekordowo wielu Niemców do ostatniej chwili nie wiedziało też na kogo oddać głos. W ostatnim tygodniu przed wyborami niezdecydowana była około jedna trzecia wyborców. Zdaniem ekspertów powodem tego mogły być m.in. wspólne rządy koalicji CDU-SPD, czyli chadeków i socjaldemokratów. Partii, które wcześniej rywalizowały ze sobą. Wielu wyborców stwierdziło więc, że zbieżność programów obu ugrupowań pozbawiła społeczeństwo realnego wyboru. Innym powodem niskiego jak na Niemcy zainteresowania jest zdaniem wielu ekspertów kryzys. Wielu obywateli uznało, że żadne z głównych ugrupowań nie ma dobrych pomysłów na walkę z bezrobociem, które w przyszłym roku może dotknąć nawet 4,5 mln osób.
Poza tym, wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniami. Zwycięzcą wczorajszych wyborów okazała się CDU, która według wstępnych wyników zdobyła 33,5 proc. głosów. Wygrana chadecji gwarantuje obecnej kanclerz Angeli Merkel pełnienie tej funkcji przez kolejne cztery lata.
Drugie miejsce (z 23 proc. głosów) zajęli dotychczasowi koalicjanci chadeków, czyli socjaldemokraci. Ich lider - obecny szef MSZ Frank-Walter Steinmeier - nie był w stanie poprowadzić partii do zwycięstwa, gdyż w odróżnieniu od Merkel, jest całkowicie pozbawiony charyzmy. Poza tym, większość Niemców stwierdziła, że w czasach kryzysu powinni jednak rządzić lepsi z ekonomii chadecy.
Trzecim w kolejności ugrupowaniem są liberałowie z FDP, na których zdecydowało się oddać głos 15 proc. Niemców.
Wyniki wyborów pokazują, że CDU znów będzie potrzebny do rządzenia koalicjant. Kto tym razem nim zostanie? Ponownie SPD czy może jednak FDP? Rozmowy na temat tworzenia nowego rządu zaczną się w Berlinie już dziś.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl