>>
Jamniki mają swoją paradę
Ubezpieczenie takie można wykupić już w kilku firmach. - Oferowane przez szkoły ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków nie pokryje kosztów w sytuacji, gdy dziecko przez nieostrożność zepsuje szkolną umywalkę, wybije szybę podczas gry w piłkę czy nieumyślnie popchnie kolegę i złamie mu nogę. Dlatego proponujemy dodatkową polisę - mówi Grzegorz Błachowski, rzecznik prasowy Ergo Hestii. Tam zabezpieczyć można się do kwoty 200 tys. zł. - W ciągu roku zainteresowanie takimi polisami wzrosło o jedną czwartą - szacuje Grzegorz Błachowski.
Nie dziwi się temu Krystyna Krawczyk z biura Rzecznika Ubezpieczonych. - Odszkodowania oferowane przez szkoły są tak niskie, że łatwo namówić rodzica na dodatkową składkę. Rodzic zyskuje pewność, że dobrze zabezpiecza siebie i dziecko - tłumaczy.
Nie dostrzegamy ryzyka
Ubezpieczyć można się dziś w zasadzie od wszystkiego. Powszechne są polisy zdrowotne od zachorowania na raka (np. nowotwór piersi lub prostaty) albo na wypadek zakażenia wirusem HIV. Ubezpieczamy telewizor lub lodówkę kupioną w supermarkecie, a nawet kafelki położone na ścianie w łazience. Polisy wykupują firmy prowadzące roboty drogowe, by ograniczyć ryzyko wypłaty odszkodowań dla kierowców, których samochody zostały uszkodzone na remontowanych przez nie trasach.
- Towarzystwa ubezpieczeniowe kreują u klientów potrzebę redukowania ryzyka w sytuacjach, w których do tej pory nie dostrzegaliśmy niebezpieczeństwa. Niestety dajemy namówić się na polisy, których często nie potrzebujemy. Oszczędzamy zaś na tym, co naprawdę mogłoby nas uratować - ocenia Krystyna Krawczyk. Jako przykład podaje mieszkańców południowej Polski, którzy latem znów przeżywali dramat przez powódź. Stracili dorobek życia, bo wcześniej się nie ubezpieczyli.
Ubezpieczenie nie zastąpi wychowania
Rodzice nie uważają jednak, że ubezpieczenie się od szkód wyrządzonych przez dzieci to nieuzasadniona ostrożność. - W szkołach jest coraz więcej agresji i niepokój rodziców o dzieci rośnie. Nie mam z córkami żadnego kłopotu, ale gdyby moje dziecko sprawiało problemy, chciałabym ubezpieczyć się od kosztów jego wybryków - mówi Katrzyna Ryznar, matka dwóch uczennic łódzkiej podstawówki nr 34.
Zdaniem pedagogów, ubezpieczenie to tylko półśrodek. Bo ryzyko, że dziecko narozrabia i coś zniszczy lub komuś zrobi krzywdę, można zminimalizować, poświęcając mu więcej uwagi. - Ale rodzice często nie chcą przyjąć do wiadomości, że ich pociecha sprawia kłopoty - zauważa Anna Sikora, nauczycielka córek Katarzyny Ryznar.
Dr Maciej Kowalewski, socjolog z Uniwersytetu Szczecińskiego: - W naszym społeczeństwie rośnie potrzeba panowania nad wszystkimi dziedzinami życia. Aby to osiągnąć, podejmuje się próby zmniejszania ryzyka nawet w tych zwykłych, codziennych sytuacjach.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl