Narodowy Fundusz Zdrowia traktuje szpitale jak fabryki gwoździ. Ustala limity, rozlicza procedury... Ale o ile produkcję gwoździ można regulować w zależności od popytu, to trudno przewidzieć, ilu ludzi zachoruje w ciągu roku np. na nerki.
Fundusz jednak jest niezłomny w swoim założeniu, że jeśli szpital zadeklarował, że przyjmie 100 osób, to jeśli zgłosi się kolejnych trzydzieści, powinien tych nadprogramowych odesłać.
W efekcie już w październiku nie ma szans na leczenie. - Proszę przyjść w przyszłym roku - słyszy się w przyszpitalnych przychodniach.
W rozliczeniach, wskaźnikach i statystykach zgubił się pacjent. Lekarze z Funduszem przerzucają się paragrafami. Chorego nie powinny one obchodzić, on czeka na pomoc. A dostanie ją dopiero w sytuacji ostatecznej - zagrożenia życia.
Oburza mnie buta urzędników Funduszu, którzy mówią, że szpitale same są sobie winne, bo przyjęły za dużo ludzi.
Czas, by ktoś (minister?) spowodował zmianę myślenia, bo powoływanie kolejnych bezradnych rzeczników praw pacjenta nie wystarczy.
Jeśli leczenia odmawia mi publiczna służba zdrowia, to żądam zwrotu swojej składki zdrowotnej. Będę leczyć się sama.
Źródło: Dziennik Metro