Anita Karwowska: NFZ ogłosił, że na leczenie w przyszłym roku będzie miał o 1,5 mld zł więcej niż w tym. Co to oznacza dla pacjentów?
Elżbieta Hibner, wiceminister zdrowia w rządzie Jerzego Buzka: Fundusz wydaje ok. 100 mln zł dziennie. Teoretycznie oznacza to więc, że brakuje pieniędzy na 15 dni pracy systemu ochrony zdrowia. Można by tego uniknąć, gdybyśmy poprawili efektywność naszej służby zdrowia. Kryzys nie ominąłby nas, ale moglibyśmy być do niego znacznie lepiej przygotowani.
Może czas gruntownie przebudować cały system opieki zdrowotnej?
Tak fundamentalnej reformy jak ta sprzed 10 lat, kiedy tworzyliśmy kasy chorych, dziś już nie da się przeprowadzić. Wtedy odchodziliśmy od centralnego finansowania służby zdrowia i ustanowiliśmy zewnętrznego płatnika. Gdybyśmy dziś chcieli przebudowywać ochronę zdrowia, to powinniśmy zdecentralizować Fundusz, przekształcać szpitale w spółki, wprowadzać dodatkowe prywatne ubezpieczenia. Można iść dalej i gdyby nie brakowało ustawodawcom odwagi politycznej, a systemowi pieniędzy, wzorem Niemiec moglibyśmy wprowadzić regulację, która zabrania lekarzom łączenia pracy w prywatnej i publicznej służbie zdrowia. Ale nie da się tego wszystkiego zrobić naraz.
Ale coś chyba da się zrobić?
Po pierwsze - trzeba poprawić efektywność pracy szpitali. Dziś np. szpitale kliniczne dostają bardzo wysokie kontrakty, dzięki czemu są doskonale wyposażone, ale nikt nie kontroluje już tego, jak pieniądze z kontraktów są wydawane na leczenie. Kolejny problem - dyrektorzy lecznic nie kontrolują czasu pracy lekarzy, którzy pracują w kilku miejscach, co przekłada się na jakość tej pracy. Za słabo są ponadto kontrolowane wydatki na leki. System przypomina więc dziurawy garnek, z którego wylewa się strumieniami.
Może więc wcale nie trzeba dokładać do naszej służby zdrowia?
Trzeba, ale na początek spróbujmy lepiej wykorzystywać to, co mamy. Publiczne szpitale dostałyby porządny zastrzyk finansowy, gdyby oprócz umowy z NFZ mogły zarabiać na usługach, których nie ma w kontraktach, albo na tym, by za odpłatnością pacjent mógł legalnie ominąć kolejkę do leczenia.
A co z ryzykiem...
Dzielenia pacjentów na lepszych i gorszych? Teraz mamy do czynienia z sytuacją odwrotną do populizmu - stwarzamy lepsze warunki do działania szpitalom prywatnym niż publicznym. Prywatne szpitale mogą mieć umowę z NFZ i leczyć za pieniądze. Publiczne są skazane na Fundusz. W efekcie faworyzujemy prywatną służbę zdrowia, choć mówimy o równym dostępie do opieki zdrowotnej.
Od kilku lat rosną nakłady na zdrowie, ale też co roku powtarza się historia z tzw. nadlimitami i wstrzymywaniem przyjęć do szpitali.
Dopóki odpowiedzialność za system ochrony zdrowia będzie rozmywała się między tak wieloma instytucjami i szczeblami władzy, dopóty małe będą szanse na to, żeby sytuacja się poprawiła. To, co mamy teraz, w ogóle nie jest przemyślane. To nieporozumienie, żeby od NFZ, który z założenia jest instytucją odpowiedzialną za finansowanie świadczeń medycznych, oczekiwać, że będzie nam organizował całą służbę zdrowia. Nie można też liczyć na to, że każdy problem będzie w stanie z samej góry rozwiązać resort zdrowia. Ministerstwo ma planować politykę zdrowotną, ale od organizacji pracy szpitali jest władza lokalna. Ale to wszystko pozostaje teorią i w efekcie zamiast sprawnego systemu opieki zdrowotnej mamy chaos, nad którym nikt nie panuje.
Źródło: Dziennik Metro