>>
Jak oduczyć psa żebrania Projekt dotyczyć będzie handlarzy uporczywie łamiących prawo albo szarpiących się ze strażą miejską. Towar będzie konfiskowany na poczet grzywny - maksymalnie tysiąca złotych - oraz niezapłaconych mandatów. Projekt przygotowała komisja Przyjazne Państwo, którą kieruje poseł Janusz Palikot. Czy zaostrzenie prawa wykurzy straganiarzy z polskich miast?
Mariusz Jałoszewski: 20 lat temu handel uliczny był wyznacznikiem wolnego rynku i przedsiębiorczości Polaków. Teraz jest problemem, z którym władze miast nie mogą sobie poradzić. Ale czy kryzys to dobry czas na taką walkę? Hanna Zdanowska (PO), posłanka z Łodzi, sprawozdawca projektu: - W kryzysie trzeba dbać o tych, którzy płacą podatki, czyli legalnie działających kupców i przedsiębiorców. Teraz część z nich plajtuje, bo ktoś robi im konkurencję. Ci, którzy handlują nielegalnie, nie są nigdzie zarejestrowani, nie płacą podatków, ani składki zdrowotnej. Płaci za nich społeczeństwo, czyli my wszyscy, z naszych podatków. Za to, że nie chcą podjąć legalnej pracy. W czasie prosperity 2-3 lata temu nielegalny handel uliczny kwitł jeszcze bardziej i choć w takiej Łodzi było bezrobocie, to nie można było znaleźć chętnych do pracy. Codziennie w Łodzi rozstawiano ok. 170 nielegalnych stanowisk. W przejściach dla pieszych, przy przystankach, skrzyżowaniach. I mamy się z tym godzić tylko dlatego, że jest kryzys? Niech idą na targowiska.
Może tam są za wysokie opłaty? - Przecież pani z pietruszką nie zapłaci za jedną skrzynkę 50-200 zł, tylko 3-5 zł opłaty. "Hurtownikom" też się opłaci, bo mandaty wrzucają w koszty działalności. Ale na bazarze trzeba płacić podatki, zatrudniać ludzi i sprzedawać towar na fakturę lub paragon.
Strażnicy miejscy uspokajają, że surowego prawa nie będą stosować wobec babć z przysłowiową pietruszką, tylko wobec handlarzy-hurtowników. - Rzecz w tym, że państwo sankcjonuje nielegalny obrót nieopodatkowanym towarem. Są osoby, które wynajmują "staczy" i sprzedają nie pietruszkę, ale chińskie towary. I to ich, a nie babcie, chcemy karać. Szara strefa nie tylko nie płaci podatków, opłat za zajęcie pasa drogowego, lecz także zostawia brud i śmieci. A za sprzątanie po nich ktoś musi zapłacić. Oni żerują na państwie i na nas.
Ale gdyby nikt u nich nie kupował, to by nie sprzedawali. Więc może to również wina nas wszystkich, bo taki stragan pod nosem to wygoda? Poza tym, nie wszystkich stać na zakupy w galeriach handlowych. - Owszem, nie jesteśmy jeszcze zamożnym społeczeństwem, ale kupując na chodniku, okradamy samych siebie. Na legalnych bazarach i targowiskach płacimy nie tylko za zakupy, lecz także na wyższe emerytury, lepszą służbę zdrowia czy nowe drogi. Bo na to idą pieniądze z podatków.
Niestety takich legalnych bazarów jest coraz mniej. W stolicy z centrum wypierają je apartamenty. Te, które zostają, nie są modernizowane. A przecież sporo ludzi lubi targowiska i nie zgadza się na ich likwidację. Czy miasta nie powinny dbać o nie? Może, tak jak na zachodzie, trzeba wyznaczyć miejsca do handlu np. owocami czy kwiatami? Stolica myśli nad rotacyjnymi bazarami. - Bazarów powinno być jak najwięcej. Przecież promują lokalny biznes. W Łodzi zmodernizowano większość największych dzielnicowych targowisk, miasto dało wieloletnie dzierżawy. Jestem też zwolenniczką przenośnych targowisk jednodniowych.
Co miasto, to pomysł na handel Polskie miasta różnie radzą sobie z nielegalnym handlem. Według oficjalnych zapewnień, udało się go ujarzmić we Wrocławiu, który już tradycyjnie przoduje w radzeniu sobie z różnymi problemami. - Nielegalny handel? Taki problem dla nas nie istnieje. To tylko pojedyncze przypadki, które są szybko wyłapywane przez straż miejską - zapewniają we wrocławskim magistracie. Handel przeniósł się na targowiska oraz ograniczył się do miejsc wyznaczonych. Nieco lepiej jest także w Łodzi, choć władze przyznają, że zjawisko ciągle jest obecne. - Mamy z tym problem, ale ostatnio policja stosuje radykalniejsze środki, wyłapuje tych ludzi i stawia przed prokuratorem - mówi rzecznik prezydenta miasta Kajus Augustyniak. Łódź jednak wyraźnie wspiera legalne bazary i targowiska. Duże obiekty przekazano stowarzyszeniom kupców, które same rządzą, modernizują i zamieniają w hale targowe. - Takich hal ma być pięć, po jednej w dzielnicy. Niektóre są już na ukończeniu - wylicza rzecznik. Do tego dochodzą osiedlowe bazarki, tworzone również na terenach spółdzielni mieszkaniowych. - Nie ograniczamy liczby targowisk. Chcemy, żeby mieszkańcy mieli dostęp do tańszych towarów, owoców pod własnym domem. I tam, gdzie to możliwe, zezwalamy na taką działalność - podkreśla Augustyniak.
Targowiska modernizuje także Poznań, ale i tu nadal jest problem z handlarzami chodnikowymi, którzy zaanektowali kilka atrakcyjnych punktów np. przy deptaku prowadzącym do Starego Browaru Grażyny Kulczyk. W stolicy jest podobnie. Dziki handel wylewa się na przystanki i zabytkowe ulice. Miasto jak na razie odzyskało atrakcyjne tereny na pl. Defilad i Stadionie Dziesięciolecia, które obskurne budy opanowały jeszcze na początku lat 90. Niestety, pojawiają się zapowiedzi likwidacji części dzielnicowych bazarów, bo na tym terenie mają powstać budynki lub drogi. Nowych targowisk nie przybywa, a kupcom proponuje się nieatrakcyjne tereny na obrzeżach miasta.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl