>>
Jak oduczyć psa żebrania Rewolucyjny pomysł forsuje minister finansów Jacek Rostowski i minister pracy Jolanta Fedak.
Dziś jest tak. Na przyszłą emeryturę płacimy ok. 20 proc. pensji. Z tej składki ponad 60 proc. idzie do ZUS, który zapisuje nam kapitał na indywidualnym koncie w tzw. I filarze. Te pieniądze nie pracują, tylko finansują obecne emerytury. Pozostałe trzydzieści parę procent składki - w ubiegłym roku były to 22 mld złotych - trafia na konto w Otwartych Funduszach Emerytalnych w tzw. II filarze. Tu kapitał jest inwestowany - 60 proc. w bezpieczne obligacje państwowe (13 mld), pozostałe 9 mld (40 proc.) w bardziej ryzykowne akcje.
Tak jest od 10 lat, kiedy rząd Jerzego Buzka zreformował system po to, żeby odciążyć budżet oraz uniezależnić część naszej emerytury od polityków.
Teraz państwo z powrotem chce dysponować niemal całą składką na spokojną starość. Rostowski i Fedak zaproponowali wczoraj, żeby 13 mld, które OFE wydają na obligacje, trafiły do ZUS na specjalne konta. Składki byłyby waloryzowane o tyle, ile daje inwestycja w obligacje, czyli 5 procent. OFE zostałyby tylko fundusze, które mogą inwestować w akcje. - Niższe koszty, wyższe emerytury - zachwala minister Fedak, która o reformie OFE mówi "korekta".
Kolejna korzyść dla rządu to mniejszy deficyt budżetowy, bo jak pieniądze zostaną w ZUS, to budżet mniej wyda. Nowe przepisy miałyby zacząć obowiązywać od lipca przyszłego roku. Ale na rząd już posypała się krytyka. - To naruszenie bezpieczeństwa systemu emerytalnego i położenie ręki na naszych pieniądzach. To kreatywna księgowość. Mam wątpliwości, czy politycy mający wpływ na ZUS lepiej będą zarządzać naszymi składkami - ostrzega prof. Marek Góra, współtwórca reformy emerytalnej, dziś w radzie nadzorczej ING. Są też obawy, że dodatkowe fundusze trafiające do Zakładu będą wydane na bieżące emerytury, a państwo i tak będzie musiało się potem zapożyczać.