>>
Witaminy dla psa i kota
Traktat lizboński, który najprawdopodobniej zacznie obowiązywać z początkiem grudnia, powołuje dwa nowe i bardzo ważne stanowiska w UE. Jednym będzie przewodniczący Rady Europejskiej, nazywany potocznie prezydentem Unii, drugim - wysoki przedstawiciel ds. polityki zagranicznej, określany jako szef unijnej dyplomacji. Oba stanowiska (obok już istniejącego przewodniczącego Komisji Europejskiej) będą miały kluczowe znaczenie. Przewodniczący Rady pokieruje pracami jednego z najważniejszych organów Unii - Rady Europejskiej (posiedzenia szefów państw i rządów UE). Będzie też reprezentował UE na zewnątrz. Przedstawiciel ds. polityki zagranicznej, pokieruje unijnym MSZ. Politycy 27 państw Unii spierają się, kto obejmie obie posady. Ostateczną decyzję (większością dwóch trzecich głosów) podejmą szefowie unijnych rządów 19 listopada w Brukseli.
Polska prowadzi tu własną grę. Proponuje, by każdy z kandydatów zaprezentował oficjalnie własną wizję sprawowania urzędu. Ta inicjatywa spotkała się z aprobatą nowych państw UE, które podobnie jak my obawiają się, że o obsadzie nowych stanowisk zadecydują najsilniejsi w Unii, czyli Niemcy i Francja. Nieoczekiwanie poparł ją wczoraj również włoski minister spraw zagranicznych Franco Frattini mówiąc, że "normalnym sposobem oceny idei kandydata powinno być przesłuchanie w Parlamencie Europejskim".
Polskiej inicjatywie sprzeciwił się natomiast premier przewodniczącej w tym półroczu Unii Szwecji Fredrik Reinfeldt. Jego zdaniem wymagałoby to od potencjalnych kandydatów formalnego potwierdzenia, że ubiegają się o stanowisko. - A to nie jest możliwe w przypadku urzędujących jeszcze w swoich krajach polityków. Bo co się stanie, gdy się zgłoszą, a później nie zostaną wybrani? - pyta Reinfeldt.
Polska inicjatywa ma jeszcze drugie dno. Chcielibyśmy, żeby funkcję unijnego szefa MSZ objął ktoś, kto w kontaktach z Rosją będzie potrafił prowadzić twarde negocjacje. - Powinien znać naszą wrażliwość w polityce wschodniej. Zwłaszcza wobec Rosji, państw b. ZSRR i w kwestiach energetycznych - mówi eurodeputowany Jacek Saryusz-Wolski.
Kandydaci na oba nowe stanowiska nie zostali jeszcze formalnie zgłoszeni. Ale największe szanse daje się czterem politykom starej Unii:
Herman Van Rompuy - rzetelny urzędnik
Do niedawna najpoważniejszym kandydatem na prezydenta UE był były brytyjski premier Tony Blair. Obecnie faworytem jest belgijski premier Herman Van Rompuy. Urodził się w 1947 r. i jest Flamandem. W 1960 r. uzyskał licencjat z filozofii na Katolickim Uniwersytecie w Leuven. W 1971 r. został magistrem ekonomii. Zdaniem zwolenników, ten chadecki polityk zagwarantuje, iż u steru nie stanie natchniony wizjoner narzucający innym swoje pomysły, tylko urzędnik sumiennie pilnujący prac Rady Europejskiej. Rompuy do wczoraj ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył, że będzie się ubiegał o prezydenturę.
Jean-Claude Juncker - spokojny negocjator
Jest premierem Luksemburga. - Gdyby skierowano do mnie wezwanie do kandydowania na urząd prezydenta UE, nie miałbym powodów, by odmówić - powiedział w wywiadzie dla francuskiego Le Monde. Urodził się w 1954 r. Na uniwersytecie w Strasburgu skończył prawo. Od 2005 roku przewodniczy Eurogrupie - państwom, które przyjęły wspólną walutę unijną. Dał się poznać jako wytrwały negocjator, który woli przekonywać do swoich racji niż stawiać sprawy na ostrzu noża. Juncker zachwala swoja kandydaturę, mówiąc: utrzymuję przyjacielskie relacje z Władimirem Putinem i od dawna znam chińskich przywódców.
David Miliband - przyjaciel Gruzinów i Sikorskiego
Aktualny minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii jest jednym z najmłodszych szefów dyplomacji w Europie. Jest tez jednym z najpoważniejszych kandydatów na wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej UE. Urodził się w 1965 r. Ma polsko-żydowskie korzenie. Jest starszym synem Marion Kozak i Ralpha Milibanda. Matka Milibanda urodziła się w Częstochowie i wyemigrowała z Polski w latach 50. Natomiast jego dziadkowie ze strony ojca mieszkali w żydowskiej dzielnicy Warszawy. Dziadek Samuel Miliband walczył po stronie bolszewików w czasie wojny 1920 r. Mimo takiej biografii Miliband podpał szefowi rosyjskiego MSZ Siergiejowi Ławrowowi, gdy w rozmowie telefonicznej z nim bronił Gruzinów w czasie, gdy w sierpniu ub.r. najechały ją rosyjskie wojska. Milibanda łączą też przyjacielskie stosunki z Radosławem Sikorskim. Obaj studiowali w Oxfordzie.
Carl Bildt - współautor Partnerstwa Wschodniego
Jest drugim z najczęściej wymienianych kandydatów na szefa unijnej dyplomacji. Urodził się w 1949 r. w starej arystokratycznej rodzinie. Jego prapradziadek, Gillis Bildt sprawował urząd premiera Szwecji pod koniec lat 80. XIX w. Sam Bildt był również premierem Szwecji w latach 1991-1994. Od 2006 r. jest ministrem spraw zagranicznych swojego kraju. Wraz z Radosławem Sikorskim jest współautorem Partnerstwa Wschodniego. Wielokrotnie bardzo krytycznie wypowiadał się na temat przestrzegania praw człowieka w Rosji. Był też współprzewodniczącym konferencji pokojowej w Deyton w 1995 r., która doprowadziła do zakończenia wojny w byłej Jugosławii. W latach 1999-2001 zajmował stanowisko Specjalnego Ambasadora ONZ na Bałkanach.