>>
Pies policyjny działa jak broń Polska jest jednym z największych trucicieli w Europie. 98 proc. energii produkujemy z węgla. To sprawia, że niemal jedna dziesiątka całego CO2 emitowanego w Unii Europejskiej pochodzi od nas. Żeby w przyszłości nie płacić kar, rząd przyjął w ubiegłym tygodniu "Politykę energetyczną do 2030 r." Dokument zakłada, że w ciągu dziesięciu lat wybudujemy pierwszą w Polsce elektrownię atomową. Zainwestujemy też w tzw. odnawialne źródła energii, czyli m.in. elektrownie wiatrowe na lądzie i na Bałtyku. Mamy mieć z tego 15 proc. energii.
Entuzjaści stawiania na morzu wiatraków spotkali się wczoraj w Warszawie na dyskusji zorganizowanej przez Fundację na Rzecz Energetyki Zrównoważonej. Do stawiania wiatraków zachęcał ambasador Danii Michael Kofoed-Hansen, który przyszedł z przedstawicielami duńskich firm budujących elektrownie wiatrowe. U wybrzeży Danii, Szwecji i Finlandii już działa 8 tzw. morskich farm wiatrowych, wytwarzających razem prawie 370 MW (planowana w Polsce elektrownia atomowa ma produkować 3600 MW; największa istniejąca elektrownia węglowa - w Bełchatowie - daje prawie 4000 MW). W najbliższych latach na Bałtyku ma powstać sześć kolejnych farm.
Zwolennicy wytwarzania prądu z wiatru chcą takie same postawić także przy naszym wybrzeżu: wysokie na kilkadziesiąt metrów turbiny miałyby stanąć 20 km od brzegu, m.in. na wysokości Słupska i Kołobrzegu. Tam Bałtyk jest głęboki na 40 m. Gdyby było głębiej, inwestycja byłaby zbyt kosztowna. Aparatura przesyłająca prąd na stały ląd wyłaniałaby się z morza w okolicach Grzybowa w woj. zachodniopomorskim oraz Ustki i Lubiatowa na Pomorzu. Koszt budowy farmy wiatrowej to ok. 5-6 mld zł (elektrownia atomowa jest cztery razy droższa). Jedna turbina może działać przez 20-25 lat.
- Żeby inwestycja przynosiła zyski, trzeba postawić przynajmniej 100 turbin. Ich moc to od 360 do 500 MW - mówi Maciej Stryjecki, prezes Fundacji na Rzecz Energetyki Zrównoważonej. Dlaczego na morzu? - Wiatraki o mocy 50 MW dadzą prąd 400 tys. gospodarstw domowych. O takiej samej mocy rozstawione na lądzie wyprodukują połowę mniej energii - przekonuje Stryjecki. Entuzjazm studził obecny na spotkaniu przedstawiciel Ministerstwa Gospodarki. Przypomniał, że nie ma przepisów pozwalających na budowę wiatraków w morzu i nie wiadomo, kiedy powstanie ustawa w tej sprawie. To nie wszystko. Proponowana lokalizacja leży w pobliżu terenów chronionych programem NATURA 2000. - Decyzję w sprawie pozwolenia na budowę choćby jednej turbiny wydamy dopiero po upewnieniu się, że inwestycja nie szkodzi środowisku. Wychodząca z morza linia energetyczna byłaby dużym zagrożeniem - ostrzega Piotr Otawski, zastępca generalnego dyrektora ochrony środowiska. Wątpliwości mają też ekolodzy. Włodzimierz Meissner, ornitolog z Uniwersytetu Gdańskiego: - Najpierw powinniśmy sprawdzić, czy ramiona turbin nie będą zagrażać migracjom ptaków.
Poza tym plany budowy farm wiatrowych torpeduje brak urządzeń, które wyprodukowany przez nie prąd rozsyłałyby po Polsce.
Stryjecki: - Mimo tych problemów mam nadzieję, że pierwsze turbiny na Bałtyku zaczną pracować w 2015 r.
Czy jesteśmy skazani na atom? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl