W prywatnym gabinecie wykonano mu testy na obecność czynnika "A" (wymaz z gardła i krew). Wynik pozytywny. - Niemal pewne, że chodzi o grypę A/H1N1 - stwierdził lekarz i odesłał na dalsze badania do szpitala zakaźnego. To i tak dużo - w publicznych "jednostkach służby zdrowia" nawet wstępnych badań się najczęściej nie wykonuje.
W warszawskim szpitalu zakaźnym żona usłyszała, że nie ma sensu badać, skoro grypa jest niemal potwierdzona, a chory już otrzymał tamiflu (...). Sytuację zdiagnozował pewien lekarz: - Badanie kosztuje ok. 300 zł, szpitale nie chcą go wykonywać, bo nową grypę leczy się tak samo jak starą, a jej stwierdzenie nikomu do szczęścia potrzebne nie jest. Po więc cytowane przez PAP i inne media komunikaty Głównego Inspektoratu Sanitarnego? Skoro przypadek mojego syna został przez lekarzy zgłoszony do sanepidu, a i tak nie znalazł się w oficjalnej statystyce?
W ciągu tygodnia choroby mojego syna minister zdrowia Ewa Kopacz i jej urzędnicy przebiegli kilka stacji radiowych i telewizyjnych. Posługując się komunikatami GIS, argumentowali: przypadków nowej grypy jest niewiele, Polacy chorują na starą grypę i przed nią trzeba się chronić. GIS też jest "kryty". Pod komunikatem na stronie internetowej drobnym druczkiem jest dopisek: "Liczba uwzględnia jedynie przypadki potwierdzone laboratoryjnie i nie stanowi rzeczywistej liczby chorych". Władza przecież nie może mówić, że nie ma pojęcia, ile jest przypadków nowej grypy. I statystyka wygląda nieźle, świadczy o skuteczności walki rządu z wirusem. Tylko 271 chorych? Na tle Europy (która chorym częściej robi testy) to sukces.
Źródło: Dziennik Metro