Najważniejszym celem rozpoczętego wczoraj w Brukseli szczytu UE jest wybór przewodniczącego Rady Europejskiej, nazywanego potocznie prezydentem Unii i wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej, który ma pokierować unijną dyplomacją. Pierwszy zostanie wybrany na 2,5 roku z możliwością odnowienia mandatu, drugi na pięć lat. Kandydatów jest prawie 20. Do zamknięcia tego wydania "Metra" zamiast wyborów w Brukseli trwały wciąż gorączkowe negocjacje, które mogą zakończyć się dopiero dziś. Kto się w nich liczy?
Najczęściej typowanym do objęcia funkcji prezydenta był brytyjski eks-premier Tony Blair. Tyle, że poparcie, jakiego udzielił wojnie w Iraku, raczej nie daje mu szans na sukces. Teraz jako faworyta wymienia się premiera Belgii Hermana Van Rompuya, którego popierają Niemcy i Francja.
Spore szanse mają też premier Holandii Jan Peter Balkenende i Luksemburga Jean-Claude Juncker. - Nie jest też wykluczone, że w ostatniej chwili pojawią się jakieś czarne konie, i ostatecznie zostanie wybrany zupełnie ktoś inny - ostrzega jeden z polskich dyplomatów.
By o wyborze nie przesądzili w zaciszu gabinetów prezydent Francji Nicolas Sarkozy i kanclerz Niemiec Angela Merkel, Polska dwa tygodnie temu zaproponowała oficjalne zaprezentowanie się w Brukseli najpoważniejszych kandydatów. Pomysł zorganizowania castingu nie spodobał się Szwedom, którzy w tym półroczu przewodzą Unii. Ostatecznie Polska postanowiła, że przed głosowaniem będzie namawiać do przesłuchania tylko kandydatów na szefa unijnej dyplomacji, bo obsadzenie tego stanowisko ma dla nas większe znaczenie. Prezydent Unii będzie, co prawda, kierował posiedzeniami Rady Europejskiej, czyli spotkaniami przywódców państw i rządów UE, ale to w zakresie obowiązków szefa unijnego MSZ leży m.in. prowadzenie negocjacji np. z Moskwą.
Negocjacje w sprawie szefa dyplomacji prowadzą więc między sobą poszczególne frakcje europarlamentu (chadecy, liberałowie, socjaldemokraci). Swoje stanowiska uzgadniali też na korytarzach politycy nowych państw UE. Nie wiadomo, czy doszli do porozumienia. Najczęściej powtarzali nazwisko prezydenta Estonii Toomasa Hendrika Ilvesa. Czy to on zostanie prezydentem Unii?
Premier Donald Tusk i szef naszej dyplomacji Radosław Sikorski do ostatniej chwili nie ujawnili, kogo ostatecznie poprą.
- To musi być ktoś, kto będzie czuł potęgę UE w relacjach ze światem zewnętrznym. Ktoś, kto dla Moskwy, Pekinu i Waszyngtonu będzie partnerem do dyskusji - tłumaczy Sikorski. Kto będzie godny naszego głosu? Szans na nasze poparcie na pewno nie ma jeden z poważniejszych kandydatów - były premier Włoch Massimo D'Alema. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek w wywiadzie dla "Financial Times Deutschland" ujawnił, że D'Alema jako były komunista będzie nie do przyjęcia w nowych państwach Unii. - Tajemnicą poliszynela jest, że poprzemy ministra spraw zagranicznych Szwecji Carla Bildta - ujawnia nam chcący zachować anonimowość polski dyplomata w Brukseli. - Carl Bildt i również kandydujący prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves rozumieją politykę wschodnią, na czym nam zależy szczególnie - twierdzi europoseł Jacek Saryusz-Wolski.
Wielu unijnych polityków domaga się też, by jedno z dwóch obsadzanych dziś stanowisk zajęła kobieta. Dlatego nie jest wykluczone, że Sztokholm ostatecznie postawi na unijną komisarz Margot Wallström. Parytet płci sprawił, że na unijnym rynku nazwisk wymienia się też byłą łotewską prezydent Vairę Vike-Freibergę, brytyjską komisarz ds. handlu Margaret Ashton, minister edukacji Grecji Annę Diamantopoulou i byłą szefową austriackiej dyplomacji Ursulę Plassnik.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl